|
|
<
|
Listopad 2009 |
>
|
|
| Pn |
Wt |
Śr |
Cz |
Pt |
So |
N |
|
|
|
|
|
|
|
1
|
|
2
|
3
|
4
|
5
|
6
|
7
|
8
|
|
9
|
10
|
11
|
12
|
13
|
14
|
15
|
|
16
|
17
|
18
|
19
|
20
|
21
|
22
|
|
23
|
24
|
25
|
26
|
27
|
28
|
29
|
|
30
|
|
|
|
|
|
|
|
Newsy prywatne i osobiste
czwartek, 19 listopada 2009
Zapijaczone kobiety w depresji czyli słów kilka o mężczyznach
Zdaniem Manueli Gretkowskiej Polska nie jest już kobietą, tylko zapijaczonym mężczyzną w depresji. Bardzo mi się to zdanie podobało, póki pewien redaktor nie zmącił mojego czystego umysłu taką oto frazą: że po pierwsze kobiety też piją, z roku na rok coraz więcej, a po drugie, kobiety częściej wpadają w depresję. A po trzecie, myślę sobie, każde słowo ma kontrę, jak miecz ma dwa ostrza, i dyskusje z facetami na temat wojny męsko-żeńskiej uważam za kompletnie nieprzydatne. Do niczego. Nienawidzę mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet. Dlatego, gdy zobaczyłam pierwszy raz książkę pt. "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet", pomyślałam sobie: "A w życiu nie wydam pieniędzy, żeby czytać te brednie." Po czym, za jakiś czas udałam się z dzieckiem do kina, a tam, przed filmem w tzw. zapowiedziach, obejrzałam zajawkę nowego filmu pt. "Milenium" na podstawie książki tego szwedzkiego pisarza, który nawiasem mówiąc nie dożył światowego sukcesu. Zajawka tak mi się spodobała, że po filmie odwiedziłam EMPiK i kupiłam od razu dwa tomy. Drugi zatytułowany jest "Dziewczyna, która igrała z ogniem". Potem, co się okazało w trakcie czytania, że jest również tom trzeci, tyle, że nie było w miękkich okładkach i musiałam wybulić ponad pięć dych za twarde. Zgroza. Ciężkie i źle się czyta w tramwajowym tłoku. Tom trzeci ma tytuł: "Zamek z piasku, który runął". Ale. Czytałam jak opętana. Czytałam przed snem aż do rana. Otwierałam oczy i czytałam jedząc śniadanie. Czytałam w metrze (tylko jeden przystanek), i po wyjściu z metra, czytałam w tramwaju i idąc do pracy. I w pracy, schodząc na papierosa, czytałam w windzie. Zaraziłam pół redakcji. Teraz to samo przeżywają moje koleżanki. W ubiegły piątek byłam na konferencji onkologicznej ogólnie mówiąc i zaraziłam dziewczynę z firmy pijarowej. Dziś dzwoni do mnie i powiada, że ją trafiło, czyta przed snem do rana, otwiera oczy i czyta, czyta w korkach i myjąc naczynia i nie chcę nawet się domyślać, przy jakiej okazji jeszcze może czytać. Strzeżcie się tej zarazy. Mężczyznom się ta książka nie podoba. Ciekawe dlaczego, pytałam. Mówili, że to bajka. Mówili, że to nie jest literatura, tak jakby oni czytali tylko "Ulisesa" z przerwą na "Czarodziejską górę". Mówią też, że kobiety to czytają, bo coś sobie rekompensują. Nawiasem mówiąc, będzie niedługo w TVP film dokumentalny o tym pisarzu. Dziś się dowiedziałam. Jego ojciec i brat podobno mówią w filmie, że pisarz zawarł w książce wiele faktów szwedzkiej rzeczywistości. Wracając do polskiej rzeczywistości... Albo nie. Coraz częściej zdarza mi się wyszukiwać w księgarniach książki o miłości. Chyba coś sobie rekompensuję. Na szczęście mam jeszcze inne wyjście. Zawsze mogę zostać zapijaczoną kobietą. Koniecznie w depresji.
środa, 18 listopada 2009
Matko Święta
Kilka akordów z rozstrojonego akordeonu, a ja już pędzę do okna, zobaczyć, kto tak ładnie gra. Dźwięk tej popularnie zwanej harmoszki powoduje, że myślami biegnę do mojego ojca, który teraz jest bardzo bardzo daleko. To dlatego pewnie zawsze każdy akordeonista, w metrze, czy tramwaju może liczyć ode mnie na piątaka, czy ile tam mam w kieszeni. Śmieszne, wiem. Poczucie śmieszności ogarnęło mnie już w tym momencie, gdy o tym napisałam. No, trudno. Nie jestem napompowanym balonem powagi. Opowiem wam o moim miejscu. Mojej dzielnicy. Czasem jest jak przed wojną. Prócz akordeonistów, chodzi podwórkowa orkiestra z trąbką i kontrabasem, i też grają pod oknami. Albo wczoraj: słyszę rytmiczne uderzanie metalu o metal. Zerknęłam do okna, bo akurat byłam w kuchni i przygotowywałam polędwiczki w borowikowym sosie. Garnki lizać. A za oknem pan z przedpotopową maszynką do ostrzenia noży nawołuje wszystkie mieszkanki mojej kamienicy. Albo: otwieram swoje balkonowe okno rano, w piżamie jeszcze (okno balkonowe bez balkonu nazywa się porte fenetre, czyli tłumacząc dosłownie "drzwi-okno"). Otwieram więc rano moje porte fenetre, oczy przecieram, a tu z zaparkowanego naprzeciwko forda wyskakuje Hubert Urbański. Słowem, gdzie to ja nie mieszkam i kogo to ja nie spotykam. Niedawno się dowiedziałam, że ulicę dalej mieszka wiceszef ABW, a Kacper mówi, że niedaleko mieszka też jedna aktorka. Której nie znam. Poznałam za to nową sąsiadkę. Jeszcze tu nie mieszka, tylko doglądała remontu. Przez wiele dni za ścianą mojego pokoju rozbijano cegły, cyklinowano podłogi, wiercono dziury potwornie głośną wiertarą, w końcu założono nowe drzwi (też był hałas jak cholera) i w końcu jest. Gotowe i odnowione mieszkanko sąsiadki. Gdy pewnego dnia wracaliśmy z Kapim z zakupami i zobaczyłam przed, jak to mi się wydawało moimi oczami tłumek ludzi, tak mnie zatchnęło, że się potknęłam i upadając, uklękłam przed tym tłumkiem. Śmiechu co niemiara. I w ten sposób poznałam nową sąsiadkę odnowionego mieszkania. Przedstawiła się, a jakże (nie zapamiętałam nazwiska), ja też się przedstawiłam (założę się, że też nie zapamiętała) i powiedziała: - Przepraszam za hałasy. Teraz już będę tu mieszkać. - Nic nie szkodzi, bardzo mi miło - odpowiedziałam grzecznie. I zaraz w mojej głowie zalęgła się taka historia, której nie omieszkałam opowiedzieć Kacprowi. Otóż wyobraziłam sobie, że ta starsza pani, czyli moja nowa sąsiadka wygrała niedawno w lotto. Albo dostała spadek. W każdym razie, ma bardzo dużo pieniędzy, ale dla niepoznaki wybrała kamienicę, w której mieszkają głównie samotne wdowy. Ona chyba też jest samotna, więc swój do swego ciągnie. No i tu, w tym mieszkanku za moją ścianą urządza się tak, jak to sobie wymarzyła. Kacper na tę moją opowieść zrobił minę. Jest, jak niektórym już wiadomo, nastolatkiem, a robienie szczególnych min to nieodrodna cecha nastolatków. Przewracanie oczami, parskanie, wykrzywianie się, wszystko to tak boleśnie mi znane. A właśnie, Kacper. W pracy mówię: "mój syneczek, mój syneczek, zaraz do mnie przyjedzie i pójdziemy na obiad". Bo jedyna szansa, aby z nim chwilę pogadać (co w szkole i że ma odrobić lekcje, wynieść śmieci, zrobić zakupy, powiesić pranie, odkurzyć mieszkanie, zostawić mi coś z obiadu, a przede wszystkim umyć naczynia) to właśnie przy obiedzie w naszej korporacyjnej stołówce. I kiedy raz zobaczyła go moja koleżanka, to popatrzyła na mnie dziwnie i rzekła: - Mówiłaś "syneczek", a ja tu widzę dorosłego faceta. Nie wiadomo kiedy to się stało, że z syneczka zrobił się facet. Dziś kupiłam mu dezodorant. A sobie perfumy. - Znam ten zapch - powiedział, kiedy psiknął sobie moimi perfumami. - Ano tak - mówię. - Takie perfumy miała Sara. I pomyślałam sobie, czy to możliwe, że podświadomość zagrała? Chciałam kupić moje ulubione Lacoste, a kupiłam Elizabeth Arden 5th Avenue. I wcale nie dlatego, ze były w promocji. Bo wszystkie są w promocji. I Lacoste i Lancome i Gucci i Armani, i co tam komu do głowy przyjdzie. Jeśli chcecie kupić za połowę ceny perfumy, pędźcie do Galerii Mokotów. Obok hipermarketu Carrefour jest samoobsługowa apteka. To tam. Zupełny odjazd cenowy. Jak znalazł na prezenty. Matko święta, niedługo znowu święta.
poniedziałek, 12 października 2009
Kobieta-magnes, czyli rzecz o urodzinach
Życie jest piękne. W czwartek pojechałam do Olsztyna, a w piątek siostra zawiozła mnie do Słonecznego Brzegu. To ośrodek w Rukławkach, trzydzieści parę kilometrów od Olsztyna. - Rukławki - mówię mojej siostrze. - Róg ławki? Dziwna nazwa. Dobra, wskażesz mi drogę, bo nie mam pojęcia, gdzie to jest - wzruszyła ramionami. Piątek w ogóle był dniem nad dnie. Najpierw zjazd sióstr, gdyż jest nas cztery. Dwie przyjechały z Niemiec. Potem czterdzieste urodziny mojej imienniczki Anity, które wyprawiała w Rukławkach. - Jedziesz na Biskupiec, skręcasz na Rzeck, wjeżdżasz do Biskupca od zadka strony i skręcasz w lewo na Rukławki, jedziesz, aż się droga skończy. To tam - poinstruowała mnie Anita. Droga skończyła się nad jeziorem i to było tam. Myślałam, że przyjechałam pierwsza, jeszcze przed jubilatką, ale nie. Była już jedna babka z Warszawy, z którą się szybko zaprzyjaźniłam. Powoli przyjeżdżały następne babki i szybko się ze sobą zaprzyjaźniałyśmy: lekarki, prawniczki (nawet jedna pani sędzia), uhonorowana wieloma nagrodami dziennikarka (to nie ja), prezeski przedsiębiorstw, wzorowe matki, nauczycielki, analityczki, ekonomistki, no i jedna Mariola. Słowem: same kobiety plus jedna Mariola, która tak naprawdę ma na imię Irek, ale bardzo chciała być na imprezie, więc przebrana w długą blond peruczkę, z makijażem i najzgrabniejszymi nogami spośród nas wszystkich, była atrakcją wieczoru. Tylko Anity nie było. Ruszyłyśmy więc zaprzyjaźnione do stołów, wzniosłyśmy toasty, z początku nieśmiałe, potem coraz bardziej zaangażowane. A Anity nie ma. Ruszyłyśmy do bufetów, polędwiczki w kurkach, sałatki, zupa cytrynowa i mozzarella z bazylią i pomidorami skropiona octem balsamico, pieczone schaby z owocami, chleb tylko ciemny. Anity nie ma, a jednak jakby była, bo wciąż wszystkie o niej mówimy, ja już w głowie widzę reportaż o Anicie,i jej wszystkich przyjaciółkach, które jak magnes przyciągała do siebie przez lata całe, pytam: "A ty jak poznałaś Anitę" i dowiaduję się: - w kościele razem klęczałyśmy, gdy miałyśmy 6 lat - chodziłam z nią do liceum - mieszkałam u niej, dzięki czemu skończyłam studia - prowadziłam jej sprawę w sądzie - leczyłam się u niej - poznałam ją na wycieczce, jechałyśmy do Rosji, ona była tłumaczką - spotkałam ją na imprezie w jakimś klubie w Warszawie - poznałam ją, gdy ratowała dziecko strasznie biednej rodziny. Kobiet - przyjaciółek Anity było kilkadziesiąt. Imponująca liczba, zważywszy, że wiele z nich przebyło kilkaset kilometrów, żeby przybyć do Rukławek, gdzie kończy się droga, po to, by świętować jej czterdzieste urodziny. A każda z nich miała niezwykle silną relację z Anitą. To było niezwykłe. - Anita, odkąd pamiętam, zawsze i wszędzie się spóźniała - uspokajała jedna z jej szkolnych koleżanek. Gdyż Anity wciąż nie było i zapowiadało się naprawdę Wielkie Wejście. Wreszcie błysnęły w mroku światła jej samochodu. Przyjechała. Prosto z przychodni, ledwo fartuch zdjęła, w zwykłych portkach i zwykłym swetrzysku, prostych włosach i bez makijażu. Cała ona. I kiedy zasiadła, a my zgromadziliśmy się wokół przy rozstawionych stołach, zaraz wstała i rozpoczęła swoją prezentację, przedstawiając każdą z nas po kolei. I wtedy okazało się, że o każdej z nas wie takie rzeczy, jakich my same o sobie nie wiedziałyśmy. Ale też z tej prezentacji wyłonił się jeden, zbiorowy obraz kobiet w wieku między trzydziestym a pięćdziesiątym rokiem życia: wszystkie jesteśmy wspaniałe. Wszystkie coś fajnego w życiu zrobiłyśmy, wszystkie osiągnęłyśmy poziomy, o jakich nie śniło się filozofom. Wróciłam z urodzin z myślą, czy na moje któreś tam urodziny, też przyjechałoby tyle fantastycznych kobiet, które znam. Bo to fajny pomysł, więc z niego skorzystam. Była też inna myśl: jesteśmy magnesami, przyciągającymi do siebie wspaniałych ludzi, którzy zmieniają nasze życie. No i na koniec, chyba nie muszę mówić, o ile więcej mam przyjaciółek po tej imprezie. Z jedną już się umówiłam na napisanie książki. O kobietach.
czwartek, 17 września 2009
Tyle do opowiedzenia
Nie wiem, jak przeżyłam ubiegłoroczną jesień. Niewiele z niej pamiętam. Kilka filmów, w tym jeden dla dzieci, z Kacprem w Arkadii. Przedstawienie "Shirley Valentine" w teatrze Polonia, na którym spłakalam się, stojąc i klaszcząc. Comiesięczny new look po spotkaniach u Sylwii. Świadomość ironii tragicznej. Reszta to smęty i snuje, które może i warte byłyby wspomnień, gdybym je zapisała. Przepadło. Przetoczyło się przeze mnie, poszło bokiem, albo dołem. Zapomniałam, wyczyściłam, zepchnęłam. No, rien de rien. No, je ne regrette rien, jak powiada pewna piosenka. Tegoroczna jesień - na Mokotowie - pachnie wiosną. Pachnie czekaniem, które łaskocze mnie w pięty. Ćmi tęsknotą. Kopie energią. Tak jakby już za chwileczkę, już za momencik miały opaść mgły i klapki z oczu. Czarne klapki - dopisałam po chwili, machając nogą obutą w niebieski klapek. Przedwczoraj byłam na konferencji prasowej w TVP. Spotkalam Krzysztofa Bosaka, byłego szefa Młodzieży Wszechpolskiej. - Pan tu pracuje? - zapytałam uprzejmie. - Nie. Akurat przechodziłem i wstąpiłem - powiedział. Wczoraj z wywalonym językiem biegłam na wywiadówkę do szkoły dziecka. Spóźniłam się, ma się rozumieć. Gdy weszłam do klasy, pani była już przy 18 stycznia. - 18 stycznia, rada klasyfikacyjna - podyktowała, a rodzice pilnie zapisali. - 25 stycznia, rada zatwierdzająca. 27 stycznia zebranie podsumowujące pierwszy semestr. Więcej nie zapisałam. Plan działań szkoły w żadnym razie nie pokrywa się z moimi nie-planami. Kto wie, co zdarzy się po 25 stycznia, kiedy nie wiadomo, co zdarzy się jutro. Dzisiaj w naszym biurowym parku (co za dowcipna nazwa dla osiedla stalowych biurowców) odwiedziłam nowe delikatesy. Pożyczyłam od pana Ryszarda 17 zł i wydałam je na sushi. Kto wie, kiedy następnym razem będę jeść sushi. Koleżanka mówi, że jutro ona kupi. Może więc jutro. Jutro piątek. Zacznie się za cztery godziny. A ja mam tyle do opowiedzenia.
czwartek, 10 września 2009
Podróż do Petersburga, czyli śmiech ze zmęczenia
Rozmowa z Anitą w tonacji wznosząco-opadająco-wznoszącej. Ustalamy szczegóły wyjazdu do Petersburga. - Chrapiesz? - pyta mnie z nagła. - Chyba nie - odpowiadam, bo śpię sama, więc nie wiem. - Palisz. To na pewno chrapiesz - odpowiada głosem pewnym. - No trudno, wezmę korki. Albo zrobię ci (tu wyraziła się za pomocą medycznej terminologii, czego nie zrozumiałam) i języczek nie będzie ci opadał na podniebienie. Anita jest lekarzem. Ni stąd ni zowąd wpadło mi do głowy zapytać: - Ale po co Ty chcesz jechać do Petersburga? (Bo, po co ja, to już wiem. Anita mi powiedziała: - Jedź ze mną, poznam cię z pewną kobietą, napiszesz jej historię i dostaniesz Pulitzera). - Pytasz, jak moja mama - ona na to. - Po co, po co. Bo nie byłam tam 19 lat. Bo chcę. A w słowie "chcę" już się zawiera powód. Racja. Nie chcę myśleć, ile telefonów dziś wykonałam. Jestem tak zmęczona, że z tego zmęczenia chce mi się śmiać. Dlatego opowiem dowcip, abyście pośmiali się ze mną. Anita mi opowiedziała: Siedzi kobieta na imprezie i podchodzi do niej facet. - Czy pani wolna? - pyta. - Nie - odpowiada kobieta. - Ale proszę się dowiadywać.
niedziela, 06 września 2009
Może byś tak Damian wpadł popedałować
Do nocy pucowałam nasze nowe mieszkanko na Mokotowie. I teraz jest w nim coś, co łączy wszystkie miejsca, gdziekolwiek kiedyś mieszkałam. Różne przedmioty przypominają też ludzi, których poznałam. Ale są i rzeczy zupełnie nowe, jak zasłony w kolorze sukni ślubnej Edka, jak nowe papierowe lampy i zupełnie nowe kąciki, w których dałam upust swoim artystycznym zapędom i sentymentalnym uczuciom. Jeszcze o godzinie 15, gdy wpadli Aśka z Darkiem, nic nie wskazywało na tę chwilę, że nocą, w jasności wszystkich nowych lamp, będę palić kadzidełka i będę słuchać skrzypcowej muzyki, a nawet tańczyć z Kacperkiem na środku salono-gabineto-sypialni, na zielonym dywanie. O godzinie 15, gdy wpadli Aśka z Darkiem i małym Rafałkiem, był Sajgon, Bangladesz, albo bazar w Marakeszu. Aśka zabrała się za mycie okien, wielkich i starych. Darek zabrał się za zdejmowanie żyrandoli, zawieszanie nowych lamp, za wiercenie wiertarką we wskazanych miejscach, wieszanie półek i za inne tego typu robótki, które uszczęśliwiają mężczyzn i sprawiają, że kobietom w takich sytuacjach ciśnie się na usta zdanie: "bo ja jestem taka mala i bezradna, a ty to tak wszystko potrafisz, o jejku jej". Ano tak. To własnie z tego powodu, aby zachować resztki kobiecości w sobie, nie tykam się młotka, chyba, że jest to młotek do tłuczenia mięsa na kotlety. - A masz młotek? - zainteresował się zresztą szybko Darek, więc powiedziałam, że mam - do kotletów i jak się okazało, nadał się i do wbijania gwoździków. Zatem praca następowała z szybkości światła, a ja kręciłam się między jedną a drugim, z przyjemnością robiłam za "przynieś, podaj, pozamiataj i zrób dobrej kawy", a kiedy zrobili już to wszystko, zabrali się i pojechali, a ja zostałam z tonami folii, gwoździ, drutów, kluczy i całym tym majdanem, jaki zwykle zostaje po tego typu robótkach. Jest już PRAWIE posprzątane. PRAWIE zrobione. Na tyle, że mogę zapraszać na kawę:) P.S. Ogłaszam konkurs, jak w dwupokojowym mieszkaniu bez balkonu znaleźć miejsce na trzy rowery. Nagrodą jest przejażdżka wybranym rowerem.
sobota, 05 września 2009
W sieci Człowieka-Pająka
Przeczytałam dziś dwa teksty, które uświadomiły mi, że do poruszanej w nich tematyki mam stosunek emocjonalny. Pierwszy - doskonały - Leszka K. Talki o tym, dlaczego Polacy kochają ksiażkę Małgorzaty Kalicińskiej. Tak. Drugi - o tym, że Alain Robert zwany Człowiekiem Pająkiem zdobył kolejny szczyt, tym razem to Petronas Twin Towers w Kuala Lumpur. Dwa te teksty, o tak różnej tematyce, wywołały we mnie skrajnie różne emocje. Nie chcę pisać o emocjach negatywnych, więc ani słowa o książce Kalicińskiej. Za to do tekstu o wyczynach Człowieka-Pająka mogę dodać swoje trzy grosze, a nawet pogłębić temat i wyjawić parę sekretów. Otóż jakiś czas temu, na zaproszenie kanału Real TV, wraz z kilkoma innymi dziennikarzami, z Polski, Węgier i Nowej Zelandii, poleciałam do Montpellier, a stamtąd do Pezanas, malutkiego miasteczka, w którym mieszka Alain Robert. Przyjął nas godnie, najpierw w doskonałej restauracji, na lunchu, a potem zaprowadził do swojego domu, który jest dla niego również terenem ćwiczeń. Spodziewałam się, że miejsce, gdzie mieszka i trenuje, to będzie posiadłość na miarę tej, jaką ma Pudzian, albo chociaż Michał Wiśniewski (widziałam wczoraj niechcący w MTV, jak mieszkają polscy bohaterowie kultury masowej, gdy wieczorem poszłam do Kacpra, żeby go pogilgotać). Zdziwienie moje było ogromne: Alain Robert mieszka w wąskiej, trzykondygnacyjnej kamienicy, na pierwszej kondygnacji kuchnia z salonem, na drugiej pokoje synów, a na trzeciej jego sypialnia. I w tej to sypialni sufit, wcale nie duży, służy mu do trenowania. Jako że w restauracji, gdzie przyjął nas nieomal po polsku i francuskie wino lało się strumieniami, nie zgodziliśmy się aby Alain Robert pokazał nam, jak wspina się po ścianie swojej kamienicy. Być może uchroniliśmy go wówczas przed złamaniem sobie karku, dzięki czemu mógł 1 września 2009 roku zdobyć wieżę w Kuala Lumpur. A teraz fotoreportaż z tej ze wszech miar sympatycznej wizyty, którą niektórzy z was już oglądali, ale po pierwsze nie wszyscy, a po drugie, co szkodzi przypomnieć:

Alain Robert zaprasza nas do restauracji...

...gdzie czekają na nas francuskie smakołyki...

Wybrałam danie regionalne, może frymuśne, żeby stwierdzić, że zdecydowanie wolę schabowe.

No, a potem wino. Dużo dużo dużo wina...

Mieszkanie Pająka - ostatnie piętro kamieniczki, czyli sypialnia.

No. Tak to było.

Pokaz treningu na suficie, gdyż trening czyni mistrza.
piątek, 04 września 2009
Jak rozmawiać z nastolatkiem
- A co w szkole? - pytam Kacperka. Odpowiada tradycyjnie: - Nic. - A co u ciebie? - pytają mnie znajomi, a ja wtedy korzystam z tej enigmatycznej synowskiej podpowiedzi i też mówię: - Nic - wewnętrznie chichrając się z samej siebie. No, bo wczoraj było nic, przedwczoraj nic i okazuje się, że nic rozciąga się na kolejne dni tygodnia, a ja wypełniona nicością jak balon, unoszę się nad rzeczywistością. Mam świadomość, że diabeł tkwi w szczególe i sposobie zadawania pytań, więc obrzucam Kacpra ich gradem i przyciskam, a im bardziej zdarzają mi się zaskakujące, tym większą mam szansę dowiedzieć się "co u niego". Ale on też ma swoje sposoby. To są sposoby właściwe chyba wszystkim nastolatkom, bo jeśli nie może odpowiedzieć "nic", to odpowiada "nie wiem". I tak w Kacpra szkole na lekcjach dzieje się "nic", na przerwach "nic" nie robi, po lekcjach też "nic", a reszty "nie wie". Trzeba było wielu przemyślnych pytanek rzuconych mimochodem, aby, również mimochodem, niby przy okazji dowiedzieć się, że pan od matematyki ma oczy głęboko osadzone i zrośnięte brwi, które wyglądają jak wąs nad czołem i że nie zadał pracy domowej, ulegając uczniom, którzy podnieśli larum, że nie mają podręczników. Tak samo przy okazji dowiedziałam się, że zamiast na religię, Kapi chodzi na etykę i są tam tylko cztery osoby, ale ma być więcej, a także, że pan woźny wygląda jak wypisz wymaluj harleyowiec. No i że na przerwach dzieci (pardon, gimnazjaliści) biegają do sklepu, który znajduje się po drugiej stronie ulicy, chociaż podobno nie wolno wychodzić ze szkoły. - Nie przejmuj się, od moich też nic nie mogę wyciągnąć - mówi mi Aśka, a inna koleżanka mówi, że z jej córką jest tak samo i że jeśli już coś powie, to wieczorem, po kąpieli, kiedy rozkminiona leży w łóżku i czeka, aż mama przyjdzie powiedzieć dobranoc. Też chodzę powiedzieć dobranoc, Kapi wtedy nadstawia policzki do całowania, a potem łapie mnie za szyję i przyciska moją głowę do poduszki, i woła: "Śpimy, śpimy, nie gadaj już Anita, zamykaj oczy" i śmiejemy się jak wariaci, gdyż Kapi ma słuch absolutny do stereotypowych powiedzonek, którymi się posługujemy, jak gotowcami, wcale tego nie czując. Ale to jednak nie załatwia sprawy, bo wciąż szukam sposobu, jak rozmawiać z nastolatkiem, żeby nie bał się mówić tego, co myśli. Wczoraj w rozmowie z dyrektorem pewnego prywatnego gimnazjum, usłyszałam mądre zdanie, a mianowicie, że nie ma myślenia bez pisania, wtedy przypomniałam sobie, jak to namawiałam Sarę do pisania i to już od pierwszej klasy i jakie to dało znakomite efekty. No, ale kupować pamiętniczek dla 13-letniego chłopca, to chyba lekka przesada. Zaproponowałam mu więc, aby wziął udział w konkursie, jaki organizuje Ośrodek Karta dla gimnazjalistów na pracę o II wojnie światowej; może by wciągnął kolegów z klasy, może zaproponował pani od historii, może by zapraszali na lekcje świadków tamtych wydarzeń, kręcili filmy, robili audycje, zbierali dokumenty, rysowali plany bitew, zapalałam się, w końcu wyciągnęłam ostatni argument, że są nagrody pieniężne. Spojrzał na mnie z rozczulającym politowaniem.
wtorek, 01 września 2009
Witkowski i drechy
Piątek jeszcze cały w kartonach, w sobotę nie, bo jedziemy do Ikei, w niedzielę nie, bo niedziela, a w poniedziałek straciłam impet z tego zmęczenia. I okna dalej nie umyte, zasłonki nie powieszone, na rowery nie znalazłam miejsca i całe sto tysięcy bzdur będzie się wlokło za mną ogonem przez dni następne. Za to wczoraj poszliśmy kupować podręczniki, bo "Jezus Maria jutro do szkoły", ale podręczników nie było. To znaczy kilka było, ale reszty nie i żeby się dowiadywać. No, to zobaczyłam książkę Michała Witkowskiego pt. "Margot", sama w ręce mi weszła, jak to książki mają w zwyczaju i mówię do dzieciaka, no to ja sobie książeczkę kupię, pożycz mi z tych pieniędzy na podręczniki. A on mi scenę przy księgarzu urządził, płaczliwym tonem wołając: - Taak, pożycz! Zawsze pożyczasz, nigdy nie oddajesz! I pomyśleć, że węża, co kalumnie na matkę rzuca, dwa lata własną piersią karmiłam, odmawiając sobie wszystkich przyjemności, jakie zgniła cywilizacja stworzyła dla dorosłych. I miej tu dzieci, co ci nawet na książkę nie pożyczą, choćby była przeceniona, zresztą nie wiem dlaczego ją przecenili, zanim ją docenić mogłam. A potem z tych pieniędzy, co na podręczniki, pojechało dziecko do Złotych Tarasów, z kolegami, żeby kupić sobie spodnie i masz ci los, wróciło w drechach. - Ale to dresy kupiłeś? - nie mogłam się nadziwić. - Mają zalety - zareplikował Kapi, po czym zaprezentował: - Jedna zaleta ( zasunął i odsunął zamek w jednej kieszeni), druga zaleta (zasunął i odsunął w drugiej kieszeni) i trzecia zaleta (to samo). Wszystko dlatego, że gdy jechał na zakupy, to powiedziałam, aby włożył jakieś spodnie, co mają kieszenie na zamek, żeby mógł schować portfel i żeby mu nie ukradli, gdyż miasto to dżungla, a on dopiero musi nauczyć się w tej dżungli poruszać. - I tak wiem, że ci się nie podobają - powiedział później, gdy wracaliśmy ze sklepiku. Przed sklepikiem stał koleś w dresach, na plecach miał napis: LEGIA. - To ty się do legionistów upodobnić chcesz, tak? - zapytałam ze zrozumieniem, po czym powiedziałam tonem tego gościa z kabaretu Mumio, który mówił: "Daj spokój, Mariola, to są twoi znajomi", więc ja powiedziałam: - Nie, no, to są twoje dresy, Kapiś, ale podobają mi się, fajne są... - I nie omieszkałam dopytać: - Ale do szkoły w nich będziesz chodził? Bo zapomniałam powiedzieć, że Kapi sportowiec dostał się do sportowej klasy i będzie trenował. Ale w Gwardii.
poniedziałek, 24 sierpnia 2009
Metro strachu i ćwierćfunciak
Tak, ja też mam taką paranoję gdy jadę metrem, że wyobrażam sobie atak terrorystów. Wpadają z bronią, zatrzymują pociąg, pasażerowie stają się zakładnikami, jeśli policja nie dowiezie okupu, co minutę jeden z zakładników idzie na rozstrzelanie i tak dalej, znany schemat fabularny. To dlatego zamiast wybrać się na film "Bez mojej zgody", gdzie pewnie spłakałabym się do ostatniej kropli łez (no, ale lepiej byłoby nie ciągnąć tam ze sobą dzieciaka), poszliśmy z Kacprem na "Metro strachu". Bo my lubimy metro, lubimy nim jeździć, wyobrażać sobie różne rzeczy, a także, jak już niektórzy wiedzą, spotykać tam ludzi takich jak "Ewa z metra". Poszliśmy na ten film również dlatego, że gra w nim doskonała para: John Travolta i Denzel Washington. I o ile ich gra jest niezła (wciąż mnie zadziwia, w jaki sposób spoko goście natychmiast wyczuwają braterstwo dusz), to wątki z zakładnikami w tle są kompletnie nieudane. A przecież, jako potencjalna zakładniczka, która już mnóstwo razy wyobrażała sobie, jak się zachowa, co zrobi i jak wykorzysta nadarzające się okazje, miałam prawo oczekiwać czegoś więcej niż tylko pokornego przerażenia i zgody na zaistniałą sytuację. No, dobra, może jest tam parę udanych momentów z zakładnikami w roli głównej (słownie: dwa), to jednak film mnie rozczarował. Lubię filmy, które łamią po tysiąckroć znane schematy fabularne, po których zostaje mi smak na języku, jak po świeżych ostrygach, które je się po raz pierwszy i czowiek tak naprawdę nie wie, co go czeka. No, ale zamiast ostryg, pojechaliśmy po filmie do znienawidzonego przeze mnie Mc Donald'sa, bo w domu pakowanie i wiadomo, nie ma nic do jedzenia. Kacper zamówił Mc Royal. - Wiesz, że Mc Royal po amerykańsku to ćwierćfunciak z serem? - zapytałam, zresztą bardzo a propos, bo pamiętacie ten dialog między Vincentem Vegą a Julesem Winnfieldem: "– Wiesz, jak w Paryżu nazywa się ćwierćfunciak z serem? – Nie „ćwierćfunciak z serem”? – Nie, tam mają pierdolony system metryczny, nie wiedzieliby co to jest ćwierćfunciak. – To jak mówią? – Royale z serem. – Royale z serem? A jak mówią na big maca? – Big mac to big mac. Tylko „le Big Mac”. - Tyle film, ku przypomnieniu. Wracamy do Kacpra. - Dlaczego? - pytaniem na pytanie odpowiedział Kacper. - Bo zawiera ćwierć funta mięsa - pouczyłam. - Funty to pieniądze - zaoponował Kacper. - Nie w Ameryce. Tam mają pier... mają inny system metryczny. Zamiast kilometra jest mila, zamiast centymetra stopa, a mięso sprzedają na funty. To chyba stąd się wzięło powiedzenie, że coś nie jest warte funta kłaków, bo funt kłaków mało waży - wysnułam teoryjkę. I dopytałam: - Widziałeś "Pulp Fiction"? - Nie - odparł. - Dziwne. Myślałam, że wszyscy już go widzieli. Tak. Czasem zapominam, że rozmawiam z trzynastolatkiem. No, ale ja w jego wieku też miałam już za sobą pierwszy film z Johnem Travoltą. To była "Gorączka sobotniej nocy". Spędzałam wakacje w Radomiu i moja strasza siostra cioteczna zrobiła mi makijaż, pożyczyła buty na wysokich obcasach, żebym wyglądała jak osiemnastolatka. Bileterka przymknęła oko, bo wyglądałam dokładnie na kogoś, kim wtedy byłam, a byłam po prostu umalowanym dzieckiem. Od tamtej pory zawsze, kiedy wybieram się do kina, robię sobie makijaż. Gdy wróciliśmy do domu, od razu poszłam do łazienki i zmyłam te cienie, i te pudry. I stwierdziłam, że nie wiadomo kiedy, moja twarz stała się moim wrogiem.
|