O autorach
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Tagi
|
Newsy prywatne i osobiste
czwartek, 24 listopada 2011
Mój blog mchem zarasta, bo pracujemy i pracujemy, w międzyczasie chodząc przecież do pracy, za to nie mniej ciężko i nie mniej intensywnie, ślęcząc mozolnie nad naszym pierwszym, wspólnym, Wielkim Projektem. Mamy nadzieję, że w niedługim czasie Wielki Projekt zostanie ukończony i wtedy pochwalimy się nim wszędzie, gdzie się da:) Zwłaszcza, że może być i tak, że TVP obejmie nad naszym dziełem patronat. A przynajmniej składają takie delikatne obietnice:) Tymczasem chętni mogą posłuchać nas i obejrzeć w Celowniku, programie TVP, od 14 minuty tego programu:) Tymczasem siedzimy przed komputerami i wygładzamy, wprowadzamy poprawki i często kłócimy się o szczegóły, bo jak wiadomo, w nich tkwi diabeł. Paweł jest precyzyjny i logiczny, a ja lubię sobie czasem polecieć narracją. I teraz anegdotki będą. Pierwsza dotyczy tego, że jak wiecie, jestem miłośniczką Stevena Kinga. Wczoraj, kiedy dość długo dyskutowaliśmy, czy napisać to tak, czy siak, Paweł powiedział: - Ja się boję, kochanie, że kiedy przejdziemy do przedostatniego rozdziału, to niezły King z tego będzie. W pewnym momencie oczy zachodzą mi mgłą, Paweł nie wygląda lepiej, pytam, z całą kobiecą wyrozumiałością: - Zmęczony? Odpowiada: - Co chcesz? Wstaję rano, w pracy też się nie wysypiam. Nie jest lekko. No, pewnie, że nie jest. Ale to, co lekko przychodzi, nie ma zbyt wielkiej wartości. Prawda?
piątek, 28 października 2011
- Mamo, głosowałaś już na Bukę? - pyta mnie Sara. - Głosowałeś już na Bukę? - pytam z kolei Kacpra, a Natanowi wysyłam emaila, żeby z Coventry też kliknął i zagłosował na Bukę. O co chodzi? O sprawę solidarną i serdeczną. Nic nas nie kosztuje. Możemy pomóc Joasi Bukowskiej w spełnieniu jej wielkiego marzenia. Wystarczy kliknąć w link i zagłosować. Zalinkować u siebie. I zaprosić znajomych, aby zrobili to samo:)
wtorek, 25 października 2011
Ognisko! Robimy ognisko Pod Świerkami w Pasikoniach, kto wie, może już ostatnie tej jesieni. Gospodarze przygotowali sporo drewnianych klocków i siekierę do rąbania. I wtedy mój facet rzeczywiście mi zaimponował. Nie dość, że umie rąbać drwa, to na dodatek ma świetnie opanowaną technikę. Wbijał siekierę w klocka, obracał go do góry nogami, a siekierą walił w pień. Drwa rozbijały się w drabiazgi. Ale nie o tym, nie o tym. O przepisie na ognisko będzie. A może to wcale nie jest przepis na ognisko - pomyślałam, patrząc, jak Paweł zbierał najpierw gałązki suche i delikatne i układał je na spodzie. Podpalił. Pierwsze języczki ognia też są delikatne i istnieje niebezpieczeństwo, że zaraz patyczki spłoną, wypalą się i trzeba zaczynać jeszcze raz. Już tyle razy zaczynałam - pomyślałam wtedy sobie. I nawet ten ogień czasem strzelał w górę przyzwoicie, ale ognisko szybko się wypalało. Ktoś nie podłożył na czas, albo podłożył za dużo z jednej strony, o drugiej stronie zapomniał. Zerwałam się, cierpliwie podkładać coraz grubsze patyki. Wyrastał porządny stos, płomienie buchały coraz większe, iskry strzelały, oświetlając pochmurne niebo i być może one to sprawiły, a może to ciepło, że chmury nad nami się rozstąpiły i naszym oczom ukazało się rozgwieżdżone niebo. - Zaraz będą spadać Orionidy - zawołał Paweł i pobiegł po statyw i aparat. A ja dokładając coraz nowych polan, myślałam, jak to zrobić, aby ognisko płonęło zawsze. To w nas. Mamy przecież w sobie potrzebne składniki do rozpalenia wewnętrznego ogniska. I też, jak to nasze ognisko w Pasikoniach, potrzebujemy tlenu i iskry. Skąd je brać? Przypomniałam sobie, jak w książce Laury Esquivel "Przepiórki w płatkach różny" stary doktor wyjaśnił to doskonale: tlen może pochodzić z oddechu ukochanej osoby, a funkcję ognia może spełniać jakikolwiek bodziec: muzyka, pieszczota, słowo, dźwięk, który spowoduje, że nasz wewnętrzny detonator wybuchnie i to tak, że możemy poczuć się oślepieni blaskiem silnych emocji. Wewnątrz nas wytworzy się przyjemne ciepło, które będzie się ulatniało powoli, w miarę upływu czasu, dopóki nowa eksplozja znow go nie podsyci. Aby ogień trwał, trzeba go umiejętnie podsycać, z każdej strony. Ot i cała tajemnica, ktorą niby znamy, ale za rzadko stosujemy. Tej nocy nie pozwoliliśmy się wypalić naszemu ognisku. Na odchodne, grubo po północy przywlekliśmy jeszcze dwa potężne drągi. Żeby płonęły nawet wtedy, gdy będziemy już spać. A Orionidy? Musnęły kilka razy na niebie, ale chyba nawet nie o to chodziło, czy będą spadać jak oszalałe i czy aparat to zarejestruje. Najważniejsze, że tę noc spędziliśmy pod gwiazdami. Przy naszym własnoręcznie podpalonym ogniu. ![]() I dalekie roje meteorytów:) ![]() Wyprawę wymyślił Paweł: jedziemy do Puszczy Kampinowskiej, zostaniemy tam na noc i będziemy oglądać spadające gwiazdy. W internecie ogłoszono, że w weekend będzie spadać zatrzęsienie Orionidów - roje meteorytów, które są częścią Komety Halleya. Kilkadziesiąt meteorytów na godzinę! Znalazłam kwaterę Pod Świerkami i pojechaliśmy. Najpierw do Puszczy: ![]() Obejrzeliśmy kampinowską chałupę, obejrzeliśmy kampinowski świątek w zagrodzie: ![]() A potem weszliśmy na szlak. Przywitało nas drzewo, jak człowiek: ![]() Ja jak zwykle parłam naprzód, Paweł zatrzymywał się przy najmniejszej muszce. A nawet przy zdechłym szerszeniu, którego posadził na fotelu z czapeczki żołędzia i zrobił mu niesamowity pośmiertny portret: ![]() Jak wyczytaliśmy, puszcza żyje samoistnie, bez ingerencji człowieka: ![]() Wyprawa do puszczy, to jak udział w niedzielnej mszy. ![]() Spotkaliśmy mnóstwo takich schorowanych brzóz: ![]() Do tej pory na każdej z naszych wypraw zawsze towarzyszą nam kruki. Pojawiają się nad naszymi głowami w kazdym miejscu, gdzie się znajdziemy. Może po prostu wybieramy takie miejsca, odludne i dzikie. A może to są nasi duchowi strażnicy? Ostatnio jednak coraz częściej, bardzo przyjemnym ptaszkiem, który się nam objawia jest dzięcioł. Przypadkiem dzięcioł w indiańskiej totemologii to znak Pawła. I ustrzelił dzięcioła. Najpierw w puszczy: ![]() Kiedy za drzewami zaczęło się przejaśniać, byłam pewna, że oto doszliśmy do kampinowskich wydm. Ale to była łąka, pełna podmarzniętej już nawłoci, zwanej przez Pawła habaziami: ![]() Habazie w zbliżeniu, a w tle ja, pędzę nie wiadomo za czym: ![]() Kolejną łączką było legowisko łosi. Po łosiach ani śladu, prócz licznych kup. ![]() Wieczorem wróciliśmy do naszego domku Pod świerkami we wsi Pasikonie. Właściciele zajmują się też sprzedażą iglaków, więc podwórze wygląda przepieknie. Na przykład taki świerk, z gałązkami srebrzystymi i zielonymi, czyli przeszczep: ![]() Ja jednak zakochałam się w świerkowej wiedźmie, która straszy na środku podwórza: ![]() Ciąg dalszy nastąpi...
czwartek, 13 października 2011
Ugotowałam zupę pomidorową z pulpetami, raz proszę. Tak to mówiliśmy z barcholcami, bo doświadczyliśmy takiej akcji na urlopie na Helu czas temu, kiedy kelnerka tak nawoływała: "Pomidorowa z pulpetami, raz, proszę", co od razu wciągnęliśmy do naszego domowego słownika. I tak pomidorowa z pulpetami raz proszę zagościła w naszym domowym słowniku. I niespodziewanie ugotowałam wczoraj pomidorową z pulpetami raz proszę. - Nie spodziewałeś się tego - mówię z niekłamaną dumą do Pawła, bo w środy raczej niemożliwe, aby udało mi się zrobić obiad. W życiu - odpowiada. - Prędzej bym się spodziewał hiszpańskiej inkwizycji. Przetrawiam jego słowa, bo coś mi dzwoni za uszami. Paweł uprzedza: - To cytat. Z Monty Pythona.
czwartek, 29 września 2011
Odkąd zaczęłam przyjmować błonnik, w brzuchu mam rewolucję żołądkowo-jelitową. Słowem: kiszki grają marsza nieskładnej orkiestry wojskowej. Trudno doszukiwać się rytmu, za to tarabanią głośno. Wczoraj przypomniało mi się, że przecież zrobiliśmy nalewkę z piołunu własnoręcznie zerwanego nad Sanem w Stalowej Woli. Piołunówka powinna uregulować mi to burczenie. Nalałam sobie kieliszeczek. Nalałam Pawłowi, dla towarzystwa. Siedzimy, oglądamy czeski film z czasów komuny, sączymy piołunówkę. - Ależ ta piołunówka na mnie działa - mówi nagle Paweł. - Świetnie działa na żołądek - wyskakuję z mądrością ludową. Paweł: - Taaa... Na żołądź..dek. Film się kończy, szykujemy się do spania. Chcę nastawić budzik w komórce, ale znów ją gdzieś zapodziałam. - Kochanie, gdzie jest moja komórka? - pytam Pawła. Odpowiada błyskawicznie: - Rozrodcza?
wtorek, 27 września 2011
Oglądamy film o podróży przez rzekę Jangcy. Narrator opowiada o bohaterach. Jeden z nich przybył na Tamę Trzech Przełomów, w poszukiwaniu żony. - Żona mu zginęła? - pytam zdziwiona. Paweł: - Kochanie, to duży kraj jest i tam żony giną. Zwłaszcza, że wszystkie są do siebie bardzo podobne. Szczerze mówiąc, ci mężowie sami ich nie rozpoznają. Milcząc przeżuwam to, co usłyszałam. Paweł po chwili: - To był żart. Nie rób ze mnie szowinistycznego rasisty.
piątek, 16 września 2011
Ostatni dzień w Bieszczadach i ostatnie podejście do wędkowania w Zalewie Solińskim. Łódka była zamówiona już wieczorem, choć rano nie było oczywiste, kto nią popłynie. Pojawiła się nawet taka supozycja, że to ma być ściśle męski wypad, może w końcu ryba weźmie, bo z kobietami na łódce to wiadomo. Wszystko je interesuje, tylko nie ryby, a nad złowioną załamują ręce, że taka biedna, na dodatek paplają bez opamiętania i w ogóle. Postanowiłam nie brać tego do siebie. Godzina siódma na urlopie, to barbarzyńska pora. Na wszelki wypadek wstałam za pięć. Kawa, serek, kapok, książka do plecaka i gotowa.
Takie poranki to ja lubię.
Woda była olśniewająca. Ryby nie brały:) Ale skorzystaliśmy z okazji, pięknej pogody i popływaliśmy sobie. Kurcze, pierwszy raz pływałam w połowie września. Co jak co, ale do pogody to my mamy dużo szczęścia. Powrót do domu był dwuetapowy. Najpierw azymut Stalowa Wola, do domu rodzinnego Pawła. Mam zamiar popełnić specjalny wpis na temat Stalowej Woli i jej mieszkańców, bo jest o czym opowiadać, ale jeszcze nie dziś. Opowiem za to o innym miejscu. Nazywa się Zjawienie i mieści na Komanowej Górze w okolicach Krzeszowa Dolnego. Pojechaliśmy do Krzeszowa, domu dziadków Pawła, a stamtąd wybraliśmy się pieszo do Zjawienia. Słyszałam o nim już dawno, ale nigdy wcześniej nie było jakoś okazji. Zjawienie to miejsce przedziwne i przeurocze z wybijającym źródełkiem, które ma leczniczą moc. Przekazy ludowe mówią, że objawiła się tu komuś Matka Boska. I na tym nie koniec, bo następnie objawiła się też pewnemu młynarzowi, który mieszkał daleko stąd i nakazała, aby znalazł to miejsce i postawił na nim kapliczkę. Rzecz działa się w XIX wieku. Młynarz znalazł miejsce, postawił kapliczkę. Dziś na Komanowej Górze stoja już dwie kapliczki, ta stara pięknie odrestaurowana, źródełko obudowane zostało drewnianą studnią, wokół groty, minikapliczki i zadbany ogród kwiatowy. Jest nawet parking z miejscem dla niepełnosprawnych, za fundusze z Unii Europejskiej. - Mama przyprowadzała mnie tutaj, kazała pić wodę ze źródełka, przemywać nią oczy - wspomniał Paweł. Woda ze źródełka w Zjawieniu smakuje jak mineralna. Samo źródełko sprawia niesamowite wrażenie, bije wprost z ziemi.
Zjawienie, to fantastyczne miejsce na kontemplację:
Czasem odbywają się tu też nabożeństwa pod gołym niebem.
Miejscowi często zaglądają do Zjawienia. I ja się im nie dziwię.
czwartek, 15 września 2011
Rybów było w bród: chłopy o świcie rwali sumice i łososiowe głowacice, by je oprawiać tuż przed naszym domkiem, a ja z góry, siedząc rankiem na balkonie z kubkiem kawy byłam świadkiem tej rzezi. Jako jedyna. Cały nasz domek spał snem sprawiedliwym, nie licząc Pawła, który budził się od czasu do czasu, mamrocząc: - Już, już. Zaraz wstaję. Zaraz wypiję tę kawę. Kawa zdążyła mu ostygnąć, kanapki poszarzeć. Ryby brały, ale innym. Kto rano wstaje, temu ryby biorą. Ci inni żartowali sobie rubasznie przy zlewie przed naszym domkiem. - Byłem na komisji wojskowej i lekarz kazał pochylić się mojemu koledze i rozchylić pośladki - opowiadał pewien wędkarz-motocyklista. - Nachylając się nad jego odbytem, lekarz zapytał: "Pali pan?" "A co? Widać sadzę? - zaniepokoił się kolega. I tak sadza w połączeniu z odbytem (kto widział ten teleturniej z Krzysztofem Ibiszem, który próbował naprowadzać blondynkę, aby odpowiedziała "co golimy?". Ibiszowi chodziło o części intymne. Blondynka odpowiedziała pytaniem: ODBYT?) stała się przebojem dnia. I jeszcze na drugi dzień jeden z wędkarzy, widząc mnie na balkonowym posterunku, zapytał z uśmiechem: - Podobała się pani sadza? No, masz. Wiadomo. Zatem rybów było w bród, tylko w naszym towarzystwie nie brały. Na te spławiki, haczyki, kopyta, zanęty, przynęty i świecidełka. Wykolegowani z wędkarstwa przez brak karty rybackiej, udaliśmy się do Terki, skąd miał swój początek zielony szlak na Sine Wiry. Samochód zostawiliśmy przy kościele, z przekonaniem, że przy kościele nie kradną. I poszliśmy. Szlak urwał się po jakimś kilometrze, może dwóch. Nic nie szkodzi, mamy mapę, kompas i GPS w telefonie. Do sinych wirów dojdziemy. Podziwiamy krajobrazy. Bieszczadzkie prawie połoniny.
Droga robi się coraz gorsza. Błocko. I w tym błocku...
- Kochanie! To kupa niedźwiedzia! - zawołał Paweł, kiedy przeszłam mimo, myśląc, koń tu był, albo co... Zbadaliśmy kupę. - Jabłka wpieprzał - ocenił Paweł ze znawstwem. Chwilę potem oceniliśmy sytuację. Nie byliśmy na szlaku. Mapa, kompas, GPS. Kompas zwariował. Mieliśmy iść na południe, słońce stało jak wół na godzinie pierwszej, kompas pokazywał, że tam jest północ. GPS mylił. Mapa zrobiła się jakaś mało dokładna. - Musimy iść do rzeki. Więc musimy zejść na dół. Żadna rzeka nie płynie górą. Nawet, kurwa, w Laosie! - zakomunikował Paweł. No i przedzieraliśmy się przez las topinamburów i wyglądało, jak w Laosie...
Podrapane nogi, ręce, twarz. Wchodziliśmy w las coraz gęściej, naokoło, próbując odnaleźć szlak. Szlag by to trafił, byliśmy już umordowani, woda się kończyła, czas się kurczył... Ale było pieknie, jak w końcu, przypadkiem trafiliśmy. Powitało nas osuwisko i niezwykłe drzewa...
To nazwałam Drzewcem. Żeby było, jak u Tolkiena:
Spotkaliśmy nawet czagę, czyli brzozowy rak, pomocny na ludzkiego raka. Czaga, jak wszystko w Bieszczadach, była gigantycznie okazała:
Po wielu godzinach okazało się, że doszliśmy do sinych wirów, ale od dupy strony, jak to się elegancko mówi:
Szczęśliwy powrót: nie wiemy, w którą iść stronę. Wybieramy najdłuższą drogę. Słońce już chyli się ku zachodowi. Nie mamy ani kropli wody. Do naszego samochodu jeszcze kilkanaście kilometrów. Sine wiry i kaskady coraz piekniejsze. Pawłowi nie chce się już nawet wyciągać aparatu ze zmęczenia. W końcu natrafiamy na źródełko:
Jesteśmy uratowani. Wychodzimy na szosę, do Terki najmarniej 10 km. Paweł gmera pzy telefonie, ja się odwracam i widzę srebrnego rumaka. Machnęłam ręką. Rumak zatrzymał się. Jesteśmy uratowani po raz drugi. Kierowca ze Śląska dowozi nas do kościoła w Terce. Samochód stoi. Wracamy do Zawozu i jest pięknie.
środa, 14 września 2011
- W lodówce robaków nie trzymamy! - takie zdanie zostało zdecydowanie zakomunikowane chłopakom. I nie trzymaliśmy, przynajmniej w pierwszy dzień. Potem było różnie. Ale, bo, chłopaki nastawili się głównie na wędkowanie. Wiadomo - Zalew nad Soliną obfity w klenie, bolenie, leszcze, amury, szczupaki, okonie, sandacze... Długo by wymieniać. Poznałam tyle tajników wędkowania, zanęt, przynęt i nęt, świecidełek, dzwoneczków, gumowych rybek obsypanych brokatem, dowiedziałam się, jak się z krwią zasadzić na suma i co to znaczy kopyto na sandacza, albo że na wątróbkę kurczęcia też ryby biorą, pod warunkiem, że jest nieświeża. Jakoż już w pierwszy dzień okazało się, że z mojego i Pawła wędkowania nici. Pojechaliśmy do Polańczyka wykupić pozwolenia, ale kto nie ma karty wędkarskiej, temu pozwolenia na nic. - No, zależy, jak zareaguje straż rybacka, ale nie ma co ryzykować - powiedziała pani sprzedająca pozwolenia. Odpuściliśmy bez specjalnego żalu, bo ta sytuacja była dla nas sprzyjająca, jeśli chodzi o inną pasję: wędrowania. Zaraz też na drugi dzień wyruszyliśmy do wsi Zawóz, zwany przez miejscowych "Załuzem", bo mieści się za łuzą. No proszę Państwa! Kto zna Tolkiena, ten zgodzi się, że to Shire - kraina hobbitów. Spotkaliśmy ich zresztą. W Trzeciej Ćwiartce już od rana, przy sklepie, posilali się żywą wodą.
Tu widok na Shire z naszego cypla...
A tu jeszcze inne ujęcie...
Palą w Trzeciej Ćwiartce. Z Zawozu poszliśmy w góry...
A stamtąd udaliśmy się na najdłuższy cypelek i przed nami, w dolinie ukazało się całe piękno Zalewu nad Soliną. I pomysleć, że do tej pory nie miałam pojęcia, że w Polsce są takie zakątki. Bo też, prawdę mówiąc, w Bieszczadach byłam właściwie pierwszy raz.
To i nie dziwota, że Paweł szczęśliwy...
...bo spotkał gąsienicę:
Taka to kraina, gdzie rosną skrzypy giganty
A tak wygląda tama na Solinie:
Wracając z długiej, całodziennej wędrówki, zatrzymaliśmy się na spoczynek i ucięliśmy sobie krótkie pogawędki z tubylcami. Najpierw dlatego, że jedna z krów chciała mnie zaatakować.
Potem dlatego, że konie są piękne, a ich właściciel również. - Wygląda Pan jak hiszpański senior! - zawołałam, bo przypomniał mi kowbojów z El Rocio, których spotkaliśmy w maju tego roku na naszej andaluzyjskiej wyprawie.
Ale to dopiero początek naszych oszałamiających przygód:) | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||