|
|
<
|
Luty 2010 |
>
|
|
| Pn |
Wt |
Śr |
Cz |
Pt |
So |
N |
|
1
|
2
|
3
|
4
|
5
|
6
|
7
|
|
8
|
9
|
10
|
11
|
12
|
13
|
14
|
|
15
|
16
|
17
|
18
|
19
|
20
|
21
|
|
22
|
23
|
24
|
25
|
26
|
27
|
28
|
|
Newsy prywatne i osobiste
piątek, 22 stycznia 2010
Kiedy zaczyna się niezwykłość
Wysiadam na stacji metra Wierzbno, skąd wsiadam do tramwaju nr 14 albo 18, wydaje mi się, że wyglądam jak woźna z podstawówki, mam na uszach słuchawki, Maria Callas wyśpiewuje arię Carmen, jadę kilka przystanków, przytupując nogą do słów l'amour, l'amour, kloszard siedzący po sąsiedzku roztacza smród, od którego szczypią oczy. Wszystko to, czego doświadczam, co wiem, widzę, słyszę i czuję tak bardzo nie pasuje do siebie, że przypomina mi film, który kiedyś obejrzałam, a może jest to zlepek różnych scen z różnych filmów. Nie jestem też pewna, czy moje życie oniryczne jest bardziej dziwne, od tego, które przeżywam na jawie. Czy facet, który udawał orgazmy, rosół z koniny z żywą ropuchą w talerzu, samochody, które poruszają się po ulicach bokiem zamiast do przodu i oglądanie własnych niebieskich palców szczególnie wrażliwych na dotyk, to po prostu zwyczajne sny, jakie zawsze miewałam, czy raczej zapowiadana przez ulotkę o leku Champix niezwykłość? Bo niezwykłość to ja sobie jakoś inaczej wyobrażam. Kurcze, no, jako coś, naprawdę, od czego umysł zmyka w popłochu. Tymczasem umysł płata figle. Wiesz Sara, Twój wczorajszy sms o tym, że pofarbowałaś włosy i jesteś blondynką był taką inspiracją dla mojego umysłu, że przyśniłaś mi się, ale za to jako długowłosa brunetka w lokach. I wcale mnie to nie zdziwiło. Gdzie więc do jasnej cholery zaczyna się niezwykłość? Teraz będę miała trochę czasu na zauważenie jej. Od dziś mam urlop, juhuu! Lecimy z Kapim do Londynu, miasta, którego nie ma. Jest Lądek Zdrój. Moje sny próbują przebić się przez niezwykłość życia, ale figa. Nie udaje się.
środa, 20 stycznia 2010
Powrót na Pandorę
Im częściej piszę służbowo, tym bardziej onieśmiela mnie pisanie prywatne. Zresztą, czy to w ogóle można rozdzielić? Jedno i drugie jest pisaniem publicznym. O ile jednak w pisaniu służbowym odnoszę się do informacji, to w prywatnym mogę popływać w "tematach nadprzyrodzonych". Zarówno te pierwsze, wyciągane, słuchane, spisywane, jak i doświadczanie tych drugich jest mi potrzebne do życia, jak tlen. No i, pochlebiam sobie, choćby niektórzy nie wiem co sobie myśleli, że to świadczy o swoistym zrównoważeniu osobowości. Pochlebiam sobie również dlatego, że w świecie informacji, pędu i zarobienia, w jakim nieustannie tkwię, zauważanie momentów magicznych jest sprawą trudną. Takie to przemykają niezauważone i już nigdy nie wracają. No, ale jeśli, przypadkiem, uda się taki moment złapać, to jest gratka. Ten przydługi (jak zwykle) wstęp jest początkiem opowieści, jaka mi się przydarzyła. Otóż złożyłam sobie solenne postanowienia noworoczne. Pierwsze: że rzucę palenie. Drugie: że schudnę. A trzeciego na razie nie zdradzę, choć nie jest wyjątkowe, podobnież jak dwa pierwsze. Noworoczne postanowienia! Ileż już ich miałam, i co, i pstro. No, ale tym razem... znamy to wszyscy. No, ale tym razem musiały chyba w jakiś niewiarygodny sposób sięgnąć nieba, gdyż naraz wszystko zaczęło się tak jakoś układać. Najpiękniejsze w tym układaniu jest to, że to rzeczywiście dzieje się bez naszego udziału i jak powiada pewna piosenka, wszystko, co do nas przychodzi, jest spoza nas. Postanowiłam więc rzucić palenie. Dość smrodu, płytkiego oddechu, porannego kaszlu, sapania przy przebiegnięciu kilku metrów, czy wspięciu się po schodach. Dość puszczania z dymem pieniędzy, które jednak nie są małe, gdy obliczyłam, ze za to, co puszczam z trującym dymem, mogłabym kupić jakiś niewielki, a fajny samochodzik, spłacać raty, a jeszcze starczyłoby na paliwo. Raz wracając z pracy do domu, z premedytacją nie kupiłam sobie papierosów, wierząc w silną wolę (Kto? Ja nie dam rady?). Dwie godziny później, a było to już koło 2 w nocy ogarnięta paniką, w popłochu wciągałam dresy i biegłam do nocnego sklepu. No. Przegrałam z kretesem. Ale mocne postanowienie we mnie zaczęło żyć swoim życiem, gdy powiedziałam sobie: nie wiem, jak to się stanie, ale wierzę, że rzucę to palenie. Nie wiem, jak to się stanie, ale stanie się. Człowiek, który tak jak ja, wciąż obraca się wśród słów, zna ich wagę i moc i ta moc spada na niego jak grom. Postanowiłam więc nie walczyć, ale poczekać. Dziś widzę, ileż to rzeczy musiało się wydarzyć poza mną, aby stało się to, co się stało. Jakby precyzyjnie KTOŚ tak układał klocki zdarzeń, abym mogła spotkać Aldonę, która nie pali już od dwóch miesięcy, dokonała tego przy pomocy tabletek Champix, proszę, tu jest recepta, zaczynasz od jutra. O Champixie usłyszałam już dwa lata temu, ale wtedy nie było we mnie ani chęci, ani determinacji, by przestać palić. Usłyszałam tylko: po Champixie ma się dziwne sny. - Ale jak to - dziwne? - dopytywałam się, ale się nie dowiedziałam, na czym ta dziwność polega. W ulotce, wśród skutków ubocznych napisane jest: niezwykłe sny. Akurat zdarzyło mi się tydzień temu pójść na "Avatara", gdzie przeżyłam piękny sen na planecie Pandora i chętnie bym tam wróciła. A tu proszę - mam szansę. Dziś mój pierwszy dzień na Champixie. W pracy zapowiedziałam, że jestem na prochach, więc proszę o usprawiedliwienie dziwnych zachowań. Palenie nie budziło mojego entuzjazmu. Wracając do domu, nie zaszłam do sklepu, nie kupiłam papierosów. Paniki nie czuję. Zaraz idę spać:)
środa, 25 listopada 2009
I baranek może być kobietą
Tamtego dnia, a było to przedwczoraj obudziłam się rano i pomyślałam, a co tam do cholery, w końcu jestem kobietą nowoczesną i bywam nawet kobietą światową. Włączyłam więc komputer, weszłam w internet, znalazłam wypożyczalnię aut i zarezerwowałam sobie samochód z prośbą, aby podstawili mi go wieczorem pod redakcję. Tamtego dnia miałam siedzieć na dyżurze do końca, to znaczy do północy. Natomiast już o 8 rano dnia następnego miałam być w Olsztynie. W pracy nikomu nie pasowało, aby zamienić się ze mną na dyżur. PKP też nie przewidziało tego, że ktoś mógłby chcieć być już o 8 rano w Olsztynie, więc pociągu nie było. Jedyny, wyjeżdżający z Warszawy po godzinie 22, jedzie do Olsztyna prawie 8 godzin. I nawet bym się wybrała w taką ośmiogodzinną podróż, gdyż zdarza się, że bywam świadomą masochistką, ale po godzinie 22 to ja w redakcji jestem w ferworze działań. Zatem wykluczone. Odpadła też możliwość pożyczenia samochodu od kogokolwiek ze znajomych. Samochód wciąż jest u nas wysokim dobrem materialnym i się go nie pożycza, wiadomo. Była to więc sytuacja kryzysowa. Lubię sytuacje kryzysowe, bo wtedy przypominam sobie, że jestem kobietą nowoczesną i nawet światową. Wypożyczenie auta trwało pięć minut. Kierowca podjechał pod redakcję, podpisałam umowę, zapłaciłam i w ten sposób stałam się szczęśliwą posiadaczką Fiata Panda na całą dobę. Samochód, jako, że była to wersja najtańsza (w końcu nawet najbardziej światowe kobiety nie muszą wydawać niepotrzebnie pieniędzy) nie posiadał radia. Pomyślałam, matko święta, bez radia to żadna przyjemność. W domu mam stary wielki tzw radiomagnetofon, może on jest na bateriee? Dziecko uświadomiło mnie jednak telefonicznie: - Mamo, te baterie musiałyby być wielkości krów i musiałoby ich być ze sto. No, trudno. Z roboty wyszłam przed pierwszą w nocy. Machając finezyjnie kluczykiem, zaprosiłam koleżankę redaktorkę, którą obiecałam podwieźć do domu. A potem śmignęłam znaną "siódemką" na północ. Zamiast radia, śpiewałam sobie różne piosenki. Np. "Jak ja kocham to miejsce... Tu jest tyle policji, czuję się bezpiecznie". Albo: "Jezu jak się cieszę z tych cudownych wskrzeszeń..". Albo: "Já viděl divoké koně, běželi soumrakem, vzduch těžký byl a divně voněl tabákem". I inne. W przerwach między piosenkami rozdzwaniał się telefon, ponieważ był ktoś, kto zadbał, abym nie zasnęła za kierownicą. Do Olsztyna zajechałam na czwartą. To była piękna noc. Lał deszcz, widoczność kiepska, tiry zalewające mnie kałużami, a ja jechałam jak w uniesieniu. Ech. Z samochodem to jednak kobieta czuje się inaczej. Zupełnie inaczej. Niż kobieta w metrze, albo w tramwaju, jaką najczęściej bywam. Bo to nie ja jadę, ale mnie wiozą. Jak nie przymierzając, baranka. Na rzeź. No. Najczęściej.
czwartek, 19 listopada 2009
Zapijaczone kobiety w depresji czyli słów kilka o mężczyznach
Zdaniem Manueli Gretkowskiej Polska nie jest już kobietą, tylko zapijaczonym mężczyzną w depresji. Bardzo mi się to zdanie podobało, póki pewien redaktor nie zmącił mojego czystego umysłu taką oto frazą: że po pierwsze kobiety też piją, z roku na rok coraz więcej, a po drugie, kobiety częściej wpadają w depresję. A po trzecie, myślę sobie, każde słowo ma kontrę, jak miecz ma dwa ostrza, i dyskusje z facetami na temat wojny męsko-żeńskiej uważam za kompletnie nieprzydatne. Do niczego. Nienawidzę mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet. Dlatego, gdy zobaczyłam pierwszy raz książkę pt. "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet", pomyślałam sobie: "A w życiu nie wydam pieniędzy, żeby czytać te brednie." Po czym, za jakiś czas udałam się z dzieckiem do kina, a tam, przed filmem w tzw. zapowiedziach, obejrzałam zajawkę nowego filmu pt. "Milenium" na podstawie książki tego szwedzkiego pisarza, który nawiasem mówiąc nie dożył światowego sukcesu. Zajawka tak mi się spodobała, że po filmie odwiedziłam EMPiK i kupiłam od razu dwa tomy. Drugi zatytułowany jest "Dziewczyna, która igrała z ogniem". Potem, co się okazało w trakcie czytania, że jest również tom trzeci, tyle, że nie było w miękkich okładkach i musiałam wybulić ponad pięć dych za twarde. Zgroza. Ciężkie i źle się czyta w tramwajowym tłoku. Tom trzeci ma tytuł: "Zamek z piasku, który runął". Ale. Czytałam jak opętana. Czytałam przed snem aż do rana. Otwierałam oczy i czytałam jedząc śniadanie. Czytałam w metrze (tylko jeden przystanek), i po wyjściu z metra, czytałam w tramwaju i idąc do pracy. I w pracy, schodząc na papierosa, czytałam w windzie. Zaraziłam pół redakcji. Teraz to samo przeżywają moje koleżanki. W ubiegły piątek byłam na konferencji onkologicznej ogólnie mówiąc i zaraziłam dziewczynę z firmy pijarowej. Dziś dzwoni do mnie i powiada, że ją trafiło, czyta przed snem do rana, otwiera oczy i czyta, czyta w korkach i myjąc naczynia i nie chcę nawet się domyślać, przy jakiej okazji jeszcze może czytać. Strzeżcie się tej zarazy. Mężczyznom się ta książka nie podoba. Ciekawe dlaczego, pytałam. Mówili, że to bajka. Mówili, że to nie jest literatura, tak jakby oni czytali tylko "Ulisesa" z przerwą na "Czarodziejską górę". Mówią też, że kobiety to czytają, bo coś sobie rekompensują. Nawiasem mówiąc, będzie niedługo w TVP film dokumentalny o tym pisarzu. Dziś się dowiedziałam. Jego ojciec i brat podobno mówią w filmie, że pisarz zawarł w książce wiele faktów szwedzkiej rzeczywistości. Wracając do polskiej rzeczywistości... Albo nie. Coraz częściej zdarza mi się wyszukiwać w księgarniach książki o miłości. Chyba coś sobie rekompensuję. Na szczęście mam jeszcze inne wyjście. Zawsze mogę zostać zapijaczoną kobietą. Koniecznie w depresji.
środa, 18 listopada 2009
Matko Święta
Kilka akordów z rozstrojonego akordeonu, a ja już pędzę do okna, zobaczyć, kto tak ładnie gra. Dźwięk tej popularnie zwanej harmoszki powoduje, że myślami biegnę do mojego ojca, który teraz jest bardzo bardzo daleko. To dlatego pewnie zawsze każdy akordeonista, w metrze, czy tramwaju może liczyć ode mnie na piątaka, czy ile tam mam w kieszeni. Śmieszne, wiem. Poczucie śmieszności ogarnęło mnie już w tym momencie, gdy o tym napisałam. No, trudno. Nie jestem napompowanym balonem powagi. Opowiem wam o moim miejscu. Mojej dzielnicy. Czasem jest jak przed wojną. Prócz akordeonistów, chodzi podwórkowa orkiestra z trąbką i kontrabasem, i też grają pod oknami. Albo wczoraj: słyszę rytmiczne uderzanie metalu o metal. Zerknęłam do okna, bo akurat byłam w kuchni i przygotowywałam polędwiczki w borowikowym sosie. Garnki lizać. A za oknem pan z przedpotopową maszynką do ostrzenia noży nawołuje wszystkie mieszkanki mojej kamienicy. Albo: otwieram swoje balkonowe okno rano, w piżamie jeszcze (okno balkonowe bez balkonu nazywa się porte fenetre, czyli tłumacząc dosłownie "drzwi-okno"). Otwieram więc rano moje porte fenetre, oczy przecieram, a tu z zaparkowanego naprzeciwko forda wyskakuje Hubert Urbański. Słowem, gdzie to ja nie mieszkam i kogo to ja nie spotykam. Niedawno się dowiedziałam, że ulicę dalej mieszka wiceszef ABW, a Kacper mówi, że niedaleko mieszka też jedna aktorka. Której nie znam. Poznałam za to nową sąsiadkę. Jeszcze tu nie mieszka, tylko doglądała remontu. Przez wiele dni za ścianą mojego pokoju rozbijano cegły, cyklinowano podłogi, wiercono dziury potwornie głośną wiertarą, w końcu założono nowe drzwi (też był hałas jak cholera) i w końcu jest. Gotowe i odnowione mieszkanko sąsiadki. Gdy pewnego dnia wracaliśmy z Kapim z zakupami i zobaczyłam przed, jak to mi się wydawało moimi oczami tłumek ludzi, tak mnie zatchnęło, że się potknęłam i upadając, uklękłam przed tym tłumkiem. Śmiechu co niemiara. I w ten sposób poznałam nową sąsiadkę odnowionego mieszkania. Przedstawiła się, a jakże (nie zapamiętałam nazwiska), ja też się przedstawiłam (założę się, że też nie zapamiętała) i powiedziała: - Przepraszam za hałasy. Teraz już będę tu mieszkać. - Nic nie szkodzi, bardzo mi miło - odpowiedziałam grzecznie. I zaraz w mojej głowie zalęgła się taka historia, której nie omieszkałam opowiedzieć Kacprowi. Otóż wyobraziłam sobie, że ta starsza pani, czyli moja nowa sąsiadka wygrała niedawno w lotto. Albo dostała spadek. W każdym razie, ma bardzo dużo pieniędzy, ale dla niepoznaki wybrała kamienicę, w której mieszkają głównie samotne wdowy. Ona chyba też jest samotna, więc swój do swego ciągnie. No i tu, w tym mieszkanku za moją ścianą urządza się tak, jak to sobie wymarzyła. Kacper na tę moją opowieść zrobił minę. Jest, jak niektórym już wiadomo, nastolatkiem, a robienie szczególnych min to nieodrodna cecha nastolatków. Przewracanie oczami, parskanie, wykrzywianie się, wszystko to tak boleśnie mi znane. A właśnie, Kacper. W pracy mówię: "mój syneczek, mój syneczek, zaraz do mnie przyjedzie i pójdziemy na obiad". Bo jedyna szansa, aby z nim chwilę pogadać (co w szkole i że ma odrobić lekcje, wynieść śmieci, zrobić zakupy, powiesić pranie, odkurzyć mieszkanie, zostawić mi coś z obiadu, a przede wszystkim umyć naczynia) to właśnie przy obiedzie w naszej korporacyjnej stołówce. I kiedy raz zobaczyła go moja koleżanka, to popatrzyła na mnie dziwnie i rzekła: - Mówiłaś "syneczek", a ja tu widzę dorosłego faceta. Nie wiadomo kiedy to się stało, że z syneczka zrobił się facet. Dziś kupiłam mu dezodorant. A sobie perfumy. - Znam ten zapch - powiedział, kiedy psiknął sobie moimi perfumami. - Ano tak - mówię. - Takie perfumy miała Sara. I pomyślałam sobie, czy to możliwe, że podświadomość zagrała? Chciałam kupić moje ulubione Lacoste, a kupiłam Elizabeth Arden 5th Avenue. I wcale nie dlatego, ze były w promocji. Bo wszystkie są w promocji. I Lacoste i Lancome i Gucci i Armani, i co tam komu do głowy przyjdzie. Jeśli chcecie kupić za połowę ceny perfumy, pędźcie do Galerii Mokotów. Obok hipermarketu Carrefour jest samoobsługowa apteka. To tam. Zupełny odjazd cenowy. Jak znalazł na prezenty. Matko święta, niedługo znowu święta.
poniedziałek, 12 października 2009
Kobieta-magnes, czyli rzecz o urodzinach
Życie jest piękne. W czwartek pojechałam do Olsztyna, a w piątek siostra zawiozła mnie do Słonecznego Brzegu. To ośrodek w Rukławkach, trzydzieści parę kilometrów od Olsztyna. - Rukławki - mówię mojej siostrze. - Róg ławki? Dziwna nazwa. Dobra, wskażesz mi drogę, bo nie mam pojęcia, gdzie to jest - wzruszyła ramionami. Piątek w ogóle był dniem nad dnie. Najpierw zjazd sióstr, gdyż jest nas cztery. Dwie przyjechały z Niemiec. Potem czterdzieste urodziny mojej imienniczki Anity, które wyprawiała w Rukławkach. - Jedziesz na Biskupiec, skręcasz na Rzeck, wjeżdżasz do Biskupca od zadka strony i skręcasz w lewo na Rukławki, jedziesz, aż się droga skończy. To tam - poinstruowała mnie Anita. Droga skończyła się nad jeziorem i to było tam. Myślałam, że przyjechałam pierwsza, jeszcze przed jubilatką, ale nie. Była już jedna babka z Warszawy, z którą się szybko zaprzyjaźniłam. Powoli przyjeżdżały następne babki i szybko się ze sobą zaprzyjaźniałyśmy: lekarki, prawniczki (nawet jedna pani sędzia), uhonorowana wieloma nagrodami dziennikarka (to nie ja), prezeski przedsiębiorstw, wzorowe matki, nauczycielki, analityczki, ekonomistki, no i jedna Mariola. Słowem: same kobiety plus jedna Mariola, która tak naprawdę ma na imię Irek, ale bardzo chciała być na imprezie, więc przebrana w długą blond peruczkę, z makijażem i najzgrabniejszymi nogami spośród nas wszystkich, była atrakcją wieczoru. Tylko Anity nie było. Ruszyłyśmy więc zaprzyjaźnione do stołów, wzniosłyśmy toasty, z początku nieśmiałe, potem coraz bardziej zaangażowane. A Anity nie ma. Ruszyłyśmy do bufetów, polędwiczki w kurkach, sałatki, zupa cytrynowa i mozzarella z bazylią i pomidorami skropiona octem balsamico, pieczone schaby z owocami, chleb tylko ciemny. Anity nie ma, a jednak jakby była, bo wciąż wszystkie o niej mówimy, ja już w głowie widzę reportaż o Anicie,i jej wszystkich przyjaciółkach, które jak magnes przyciągała do siebie przez lata całe, pytam: "A ty jak poznałaś Anitę" i dowiaduję się: - w kościele razem klęczałyśmy, gdy miałyśmy 6 lat - chodziłam z nią do liceum - mieszkałam u niej, dzięki czemu skończyłam studia - prowadziłam jej sprawę w sądzie - leczyłam się u niej - poznałam ją na wycieczce, jechałyśmy do Rosji, ona była tłumaczką - spotkałam ją na imprezie w jakimś klubie w Warszawie - poznałam ją, gdy ratowała dziecko strasznie biednej rodziny. Kobiet - przyjaciółek Anity było kilkadziesiąt. Imponująca liczba, zważywszy, że wiele z nich przebyło kilkaset kilometrów, żeby przybyć do Rukławek, gdzie kończy się droga, po to, by świętować jej czterdzieste urodziny. A każda z nich miała niezwykle silną relację z Anitą. To było niezwykłe. - Anita, odkąd pamiętam, zawsze i wszędzie się spóźniała - uspokajała jedna z jej szkolnych koleżanek. Gdyż Anity wciąż nie było i zapowiadało się naprawdę Wielkie Wejście. Wreszcie błysnęły w mroku światła jej samochodu. Przyjechała. Prosto z przychodni, ledwo fartuch zdjęła, w zwykłych portkach i zwykłym swetrzysku, prostych włosach i bez makijażu. Cała ona. I kiedy zasiadła, a my zgromadziliśmy się wokół przy rozstawionych stołach, zaraz wstała i rozpoczęła swoją prezentację, przedstawiając każdą z nas po kolei. I wtedy okazało się, że o każdej z nas wie takie rzeczy, jakich my same o sobie nie wiedziałyśmy. Ale też z tej prezentacji wyłonił się jeden, zbiorowy obraz kobiet w wieku między trzydziestym a pięćdziesiątym rokiem życia: wszystkie jesteśmy wspaniałe. Wszystkie coś fajnego w życiu zrobiłyśmy, wszystkie osiągnęłyśmy poziomy, o jakich nie śniło się filozofom. Wróciłam z urodzin z myślą, czy na moje któreś tam urodziny, też przyjechałoby tyle fantastycznych kobiet, które znam. Bo to fajny pomysł, więc z niego skorzystam. Była też inna myśl: jesteśmy magnesami, przyciągającymi do siebie wspaniałych ludzi, którzy zmieniają nasze życie. No i na koniec, chyba nie muszę mówić, o ile więcej mam przyjaciółek po tej imprezie. Z jedną już się umówiłam na napisanie książki. O kobietach.
czwartek, 17 września 2009
Tyle do opowiedzenia
Nie wiem, jak przeżyłam ubiegłoroczną jesień. Niewiele z niej pamiętam. Kilka filmów, w tym jeden dla dzieci, z Kacprem w Arkadii. Przedstawienie "Shirley Valentine" w teatrze Polonia, na którym spłakalam się, stojąc i klaszcząc. Comiesięczny new look po spotkaniach u Sylwii. Świadomość ironii tragicznej. Reszta to smęty i snuje, które może i warte byłyby wspomnień, gdybym je zapisała. Przepadło. Przetoczyło się przeze mnie, poszło bokiem, albo dołem. Zapomniałam, wyczyściłam, zepchnęłam. No, rien de rien. No, je ne regrette rien, jak powiada pewna piosenka. Tegoroczna jesień - na Mokotowie - pachnie wiosną. Pachnie czekaniem, które łaskocze mnie w pięty. Ćmi tęsknotą. Kopie energią. Tak jakby już za chwileczkę, już za momencik miały opaść mgły i klapki z oczu. Czarne klapki - dopisałam po chwili, machając nogą obutą w niebieski klapek. Przedwczoraj byłam na konferencji prasowej w TVP. Spotkalam Krzysztofa Bosaka, byłego szefa Młodzieży Wszechpolskiej. - Pan tu pracuje? - zapytałam uprzejmie. - Nie. Akurat przechodziłem i wstąpiłem - powiedział. Wczoraj z wywalonym językiem biegłam na wywiadówkę do szkoły dziecka. Spóźniłam się, ma się rozumieć. Gdy weszłam do klasy, pani była już przy 18 stycznia. - 18 stycznia, rada klasyfikacyjna - podyktowała, a rodzice pilnie zapisali. - 25 stycznia, rada zatwierdzająca. 27 stycznia zebranie podsumowujące pierwszy semestr. Więcej nie zapisałam. Plan działań szkoły w żadnym razie nie pokrywa się z moimi nie-planami. Kto wie, co zdarzy się po 25 stycznia, kiedy nie wiadomo, co zdarzy się jutro. Dzisiaj w naszym biurowym parku (co za dowcipna nazwa dla osiedla stalowych biurowców) odwiedziłam nowe delikatesy. Pożyczyłam od pana Ryszarda 17 zł i wydałam je na sushi. Kto wie, kiedy następnym razem będę jeść sushi. Koleżanka mówi, że jutro ona kupi. Może więc jutro. Jutro piątek. Zacznie się za cztery godziny. A ja mam tyle do opowiedzenia.
czwartek, 10 września 2009
Podróż do Petersburga, czyli śmiech ze zmęczenia
Rozmowa z Anitą w tonacji wznosząco-opadająco-wznoszącej. Ustalamy szczegóły wyjazdu do Petersburga. - Chrapiesz? - pyta mnie z nagła. - Chyba nie - odpowiadam, bo śpię sama, więc nie wiem. - Palisz. To na pewno chrapiesz - odpowiada głosem pewnym. - No trudno, wezmę korki. Albo zrobię ci (tu wyraziła się za pomocą medycznej terminologii, czego nie zrozumiałam) i języczek nie będzie ci opadał na podniebienie. Anita jest lekarzem. Ni stąd ni zowąd wpadło mi do głowy zapytać: - Ale po co Ty chcesz jechać do Petersburga? (Bo, po co ja, to już wiem. Anita mi powiedziała: - Jedź ze mną, poznam cię z pewną kobietą, napiszesz jej historię i dostaniesz Pulitzera). - Pytasz, jak moja mama - ona na to. - Po co, po co. Bo nie byłam tam 19 lat. Bo chcę. A w słowie "chcę" już się zawiera powód. Racja. Nie chcę myśleć, ile telefonów dziś wykonałam. Jestem tak zmęczona, że z tego zmęczenia chce mi się śmiać. Dlatego opowiem dowcip, abyście pośmiali się ze mną. Anita mi opowiedziała: Siedzi kobieta na imprezie i podchodzi do niej facet. - Czy pani wolna? - pyta. - Nie - odpowiada kobieta. - Ale proszę się dowiadywać.
niedziela, 06 września 2009
Może byś tak Damian wpadł popedałować
Do nocy pucowałam nasze nowe mieszkanko na Mokotowie. I teraz jest w nim coś, co łączy wszystkie miejsca, gdziekolwiek kiedyś mieszkałam. Różne przedmioty przypominają też ludzi, których poznałam. Ale są i rzeczy zupełnie nowe, jak zasłony w kolorze sukni ślubnej Edka, jak nowe papierowe lampy i zupełnie nowe kąciki, w których dałam upust swoim artystycznym zapędom i sentymentalnym uczuciom. Jeszcze o godzinie 15, gdy wpadli Aśka z Darkiem, nic nie wskazywało na tę chwilę, że nocą, w jasności wszystkich nowych lamp, będę palić kadzidełka i będę słuchać skrzypcowej muzyki, a nawet tańczyć z Kacperkiem na środku salono-gabineto-sypialni, na zielonym dywanie. O godzinie 15, gdy wpadli Aśka z Darkiem i małym Rafałkiem, był Sajgon, Bangladesz, albo bazar w Marakeszu. Aśka zabrała się za mycie okien, wielkich i starych. Darek zabrał się za zdejmowanie żyrandoli, zawieszanie nowych lamp, za wiercenie wiertarką we wskazanych miejscach, wieszanie półek i za inne tego typu robótki, które uszczęśliwiają mężczyzn i sprawiają, że kobietom w takich sytuacjach ciśnie się na usta zdanie: "bo ja jestem taka mala i bezradna, a ty to tak wszystko potrafisz, o jejku jej". Ano tak. To własnie z tego powodu, aby zachować resztki kobiecości w sobie, nie tykam się młotka, chyba, że jest to młotek do tłuczenia mięsa na kotlety. - A masz młotek? - zainteresował się zresztą szybko Darek, więc powiedziałam, że mam - do kotletów i jak się okazało, nadał się i do wbijania gwoździków. Zatem praca następowała z szybkości światła, a ja kręciłam się między jedną a drugim, z przyjemnością robiłam za "przynieś, podaj, pozamiataj i zrób dobrej kawy", a kiedy zrobili już to wszystko, zabrali się i pojechali, a ja zostałam z tonami folii, gwoździ, drutów, kluczy i całym tym majdanem, jaki zwykle zostaje po tego typu robótkach. Jest już PRAWIE posprzątane. PRAWIE zrobione. Na tyle, że mogę zapraszać na kawę:) P.S. Ogłaszam konkurs, jak w dwupokojowym mieszkaniu bez balkonu znaleźć miejsce na trzy rowery. Nagrodą jest przejażdżka wybranym rowerem.
sobota, 05 września 2009
W sieci Człowieka-Pająka
Przeczytałam dziś dwa teksty, które uświadomiły mi, że do poruszanej w nich tematyki mam stosunek emocjonalny. Pierwszy - doskonały - Leszka K. Talki o tym, dlaczego Polacy kochają ksiażkę Małgorzaty Kalicińskiej. Tak. Drugi - o tym, że Alain Robert zwany Człowiekiem Pająkiem zdobył kolejny szczyt, tym razem to Petronas Twin Towers w Kuala Lumpur. Dwa te teksty, o tak różnej tematyce, wywołały we mnie skrajnie różne emocje. Nie chcę pisać o emocjach negatywnych, więc ani słowa o książce Kalicińskiej. Za to do tekstu o wyczynach Człowieka-Pająka mogę dodać swoje trzy grosze, a nawet pogłębić temat i wyjawić parę sekretów. Otóż jakiś czas temu, na zaproszenie kanału Real TV, wraz z kilkoma innymi dziennikarzami, z Polski, Węgier i Nowej Zelandii, poleciałam do Montpellier, a stamtąd do Pezanas, malutkiego miasteczka, w którym mieszka Alain Robert. Przyjął nas godnie, najpierw w doskonałej restauracji, na lunchu, a potem zaprowadził do swojego domu, który jest dla niego również terenem ćwiczeń. Spodziewałam się, że miejsce, gdzie mieszka i trenuje, to będzie posiadłość na miarę tej, jaką ma Pudzian, albo chociaż Michał Wiśniewski (widziałam wczoraj niechcący w MTV, jak mieszkają polscy bohaterowie kultury masowej, gdy wieczorem poszłam do Kacpra, żeby go pogilgotać). Zdziwienie moje było ogromne: Alain Robert mieszka w wąskiej, trzykondygnacyjnej kamienicy, na pierwszej kondygnacji kuchnia z salonem, na drugiej pokoje synów, a na trzeciej jego sypialnia. I w tej to sypialni sufit, wcale nie duży, służy mu do trenowania. Jako że w restauracji, gdzie przyjął nas nieomal po polsku i francuskie wino lało się strumieniami, nie zgodziliśmy się aby Alain Robert pokazał nam, jak wspina się po ścianie swojej kamienicy. Być może uchroniliśmy go wówczas przed złamaniem sobie karku, dzięki czemu mógł 1 września 2009 roku zdobyć wieżę w Kuala Lumpur. A teraz fotoreportaż z tej ze wszech miar sympatycznej wizyty, którą niektórzy z was już oglądali, ale po pierwsze nie wszyscy, a po drugie, co szkodzi przypomnieć:

Alain Robert zaprasza nas do restauracji...

...gdzie czekają na nas francuskie smakołyki...

Wybrałam danie regionalne, może frymuśne, żeby stwierdzić, że zdecydowanie wolę schabowe.

No, a potem wino. Dużo dużo dużo wina...

Mieszkanie Pająka - ostatnie piętro kamieniczki, czyli sypialnia.

No. Tak to było.

Pokaz treningu na suficie, gdyż trening czyni mistrza.
|