| < Październik 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
O autorach
Zakładki:
Holly
Http://hollyreaktywacja.blox.pl/html
Paweł
Tagi
Anita Czupryn

Utwórz swoją wizytówkę
Newsy prywatne i osobiste
RSS
niedziela, 01 września 2013

Moi kochani nieliczni czytelnicy

Od czwartku 29 sierpnia jestem w Afganistanie. Zapraszam na bloga, który stamtąd staram się prowadzić razem z Bartkiem Sytą, fotoreporterem z naszej gazety "Polska The Times". Staram się, choć jestem tu mało ogarnięta, wczoraj straciłam ręcznik, dzisiaj tekst. Dzielni wojskowi geniusze komputerowi wciąż jeszcze próbują go odzyskać, a trwa to już wiele godzin. Jeśli się uda - będzie dziś nowy wpis z Ghazni.

Trzymajcie kciuki i zaglądajcie tu:

http://blogi.polskatimes.pl/raportafganistan/2013/08/31/lecimy-do-piekla/

Pozdrowienia z Ghazni:)

Fot. Marek Pawlak

czwartek, 08 sierpnia 2013

Słońce na zachodzie było już jak kropla płonącego złota osuwająca się nieuchronnie wciąż bliżej i bliżej parapetu świata, kiedyśmy znaleźli to miejsce. Dzika strefa nad Pilicą.

Dla mnie to była po prostu kolejna wyprawa badawcza, którą rozpoczęłam w piątek rano w internecie, i nawet przesłałam kilka linków Pawłowi, który w piątek siedział jeszcze w pracy.

- Ekstra, to kochanie zarezerwuj i spływamy – napisał. Chyba nie otworzył linka, nie wgryzł się w temat.

- To jest nocleg pod chmurką, więc rezerwuję dobrą pogodę – odpowiedziałam.

Zapakowaliśmy się wieczorem, a potem wysiedliśmy z samochodu zupełnie bezbronni. W powietrzu roiło się od komarów. Natychmiast przypuściły na nas krwiożerczy atak. Mimo porażającego upału, włożyłam kurtkę z kapturem i długie spodnie. Rozejrzeliśmy się po naszej miejscówce. To było dobre miejsce.

Wyrzuciliśmy na trawę namiot, śpiwory, karimaty, ale najważniejsze było zdążyć przed ciemnością i zdobyć drewno na ognisko. Ciemność obiektywnie nie istnieje. To ludzie wymyślili taką nazwę, która w rzeczywistości oznacza brak światła. Chcieliśmy mieć światło w ciemności, chcieliśmy palić ogień.

Zanurzyliśmy się w ciemny gąszcz, jak nam się wydawało, lasu. Przeciskaliśmy się zatopieni w świecie roślinności, z twarzami zwróconymi w ciemniejącą stronę. Gęste poszycie, krzaki, korzenie, łodygi tworzyły jedną plątaninę, czepiały się łydek i ubrań. Paweł zrzucał patyki na stos, a ja zanosiłam je do miejsca, które wybraliśmy na biwak. Do naszego obozu. Bazy. Powstawał solidny stos.

Drzewo nienaruszone – stwierdził Paweł. Skinęłam głową: - Nikogo przed nami tu nie było.

Chwilę później malutki płomyk liznął cienki patyczek, wzrósł, nabrał barwy, sięgnął wyżej, do grubszych drewien, które zajmowały się z trzaskiem. Gałęzie ulegle poddawały się pomarańczowym płomieniom. Cała ta sceneria – ogniska i takoż pomarańczowej ściany po słońcu oraz nadchodzącej ciemności i odgłosów dzikich zwierząt i ptaków, pełna była jakiegoś uroku, którego byliśmy świadkami i który dawał nam poczucie szczęścia. W takich chwilach, wiem to z doświadczenia, dzieci, czując potrzebę wyrażenia tego przepełniającego ich szczęścia skaczą do góry, albo stają na głowie. No, ale my jesteśmy dorośli, a powściągliwość, to cecha, którą szczególnie ceni sobie Paweł. Westchnęłam sobie tylko cichutko, mamrocząc pod nosem jak Mamoniowa z Rejsu: „Ale pięknie”.

Być może komuś obserwującemu nas z boku trudno byłoby powiedzieć, co konkretnie stanowiło przyczynę naszego zachwytu. Byliśmy spoceni, brudni, po pracy, zmęczeni długą drogą i pogryzieni przez komary. Ale. Odbieraliśmy wyostrzonymi zmysłami nieuchwytne piękno chwili.

Słońce w końcu zgasło, jakby ktoś nacisnął wyłącznik, a miejsce, gdzie siedzieliśmy wypełniły nasze cienie.

Obok nas listeczki brzóz rozgadały się w powiewie wiatru i dźwięk ten wydawał się bardzo głośny teraz, kiedy uwydatniła go cisza i ciemność. Świat, ten zrozumiały, rządzony prawami stworzonymi przez człowieka, na dobre usunął się w mrok.

Ogień koi – pomyślałam, który to już raz. Ale mam tak za każdym razem. Na widok tych fantastycznych kolorowych kwiatów ognia topnieją negatywne emocje, zastrupiałe urazy, czy, nie daj Boże, chęć ciskania słów niczym ciężkich kamieni. Nie ma potrzeby manifestowania własnego ego. Nie ma też chyba ludzi, którzy nie ulegliby temu nastrojowi.

Wtedy najlepiej jest szukać najprostszych słów.

- A taka, dajmy na to stal, to z czego się bierze? – zapytałam.

- To stop żelaza z węglem – odpowiedział Paweł, po czym dał mi wykład o tym, jak się hartuje stal, a dopytywany opowiedział o atomach, elektronach, protonach i jądrze. Wprawił mnie w zachwyt.

- To znaczy, że wszystko żyje i jest w ciągłym ruchu! Wszystko żyje! Nawet w tych patykach trwa teraz nieprzerwany ruch atomów – naraz zdało mi się, że dokonałam wielkiego odkrycia, bo jeśli wszystko żyje, nawet rzeczy, które uznajemy za martwe (a skąd się wzięła zatem złośliwość rzeczy martwych?), to wszystko należy traktować z szacunkiem. Już nie tylko rozmawiać z drzewem, rzeką, ale i patykiem, który posłuży za drewno do ogniska, a nawet krzesłem, na którym się rozsiadamy przed komputerem, żeby pisać.

Z wolna zapadała cisza tak głęboka, że słychać było tylko trzask ognia i łagodne westchnienia naszych oddechów. Rzeka dawała o sobie znać coraz cichszym pomrukiem. Czas na nas – oboje w końcu wstaliśmy, by rozbić namiot, nasz dom na sen. Ustawialiśmy go w ciemnościach, nie widząc, że na wysokiej skarpie nad brzegiem rzeki.

- Szpilek chyba nie ma potrzeby wkładać – uznał Paweł. Ale.

- Trzeba, koniecznie. Trzeba przymocować – sapnęłam, jak to ja. Paweł wziął ode mnie szpilki, przeszedł na drugą stronę. Wsunęłam się do namiotu ze śpiworami, aby zrobić legowisko. Nie widziałam tego, a nawet gdybym była na zewnątrz nie zobaczyłabym, jak obsunął się na skarpie, przetoczył, wywinął kozła i runął do wody z głośnym pluskiem. Po chwili znów zapanowała absolutna cisza.

Ale. Usłyszałam ten donośny plusk. Zerwałam się na nogi, wychyliłam z namiotu. Stanęłam bezradna. Ten plusk miał cechę żywiołu i budził grozę.

- Kochanie? Jesteś? Wszystko w porządku? – rzuciłam tekstem, który narodził się podczas spływu tratwą po Biebrzy. Boże, Boże, co mam robić, ciemności takie, nie wiem, co się dzieje – ogarnęła mnie markowska panika. Paweł wtedy nurkował w odmętach. Jak mi później opowiadał, chciał wypłynąć spokojnie, ale miał świadomość, że czekam na odpowiedź, musiał więc wypłynąć szybko, choć niełatwo było z wody od razu wejść na skarpę.

- W porządku – splunął wodą i ponownie zanurzył się w rzece.

Kiedy w końcu udało mu się wejść na brzeg, wynurzył się niczym topielec. Ulga. Nic to, że komórka, kluczyki z pilotem, portfel, wszystko to miał ze sobą. Zdjął ubranie, wywiesił je przy dogorywającym ognisku. Telefon, portfel i klucze, zabrałam do namiotu.

Obudził nas blask. Takie są rozkosze poranka nad Pilicą, kiedy nic nie musisz, a wszystko możesz. Jasne słońce, obmywające wody rzeki i wonne powietrze. Migotanie promieni na powierzchni wody. Oglądanie harców rozgrzanych motyli tańczących w rozgrzanym powietrzu. Kawa ugotowana na prymusie. Dwie brzoskwinie na śniadanie.

Paweł pierwszy zgrabnie wśliznął się do wody (wróć. Okazało się, że skoczył, i okazało się że ja skomasowałam te różne widoki wchodzenia do wody i wyciągnęłam średnią) i równymi ruchami ramion przepłynął kilkanaście metrów, po czym stanął na mieliźnie. Ja do wody weszłam powoli, odświętnie. Zanurzyłam się. Szybko porwał mnie silny nurt. Kiedy rozłożyliśmy się na naszej prywatnej plaży, od rzeki zaczęły napływać odgłosy stukania wiosłami o kajaki, histeryczne śmiechy, głupawe okrzyki okraszane wiązankami bluzgów.

Postanowiliśmy pójść do wsi. Znaleźć sklep. Kupić coś „od komarów”.

Każda dróżka jest improwizacją, a my znaczną jej cześć poświęcamy na pilnowanie własnych kroków - pomyślałam. Wkroczyliśmy w przepych oślepiającego blasku słońca i szliśmy tak naprzeciw roziskrzonej, jaskrawo rażącej materii. Zgubiłam się w labiryncie myśli, które pod wpływem przyrody zaczynają rysować się coraz bardziej niejasno, mgliście, a wreszcie pierzchają niczym ogromne stado jaskółek.

Trzy razy przeszliśmy dookoła wiejskiego krzyża, jak stupy, wypowiadając wielkie myśli: Niech pokój zapanuje nad światem! Niech ludzie ludzie będą szczęśliwi! Niech żyją bez stresu!

Twarz owiewał leciutki prąd powietrza, wywołany marszrutą. Wyciągnęliśmy nasze Zorki Pięć i zrobiliśmy kilka zdjęć.

Do sklepu i z powrotem było około 10 kilometrów (Paweł mówi, że może sześć, ale on zawsze wszystko zaniża).

W obozie wyczyściłam wczorajsze palenisko. Nanieśliśmy drewna. Popływaliśmy. Zrobiłam zdjęcie, które, jak mi się wydawało, może pretendować do konkursu Press Photo w kategorii Ludzie. Paweł okryty ręcznikiem zmienia majtki. Nie jest to sytuacja, którą powinnam opisywać ze szczegółami. Facet nie mówi publicznie, że zmienia majtki. No, ale. Nagle zauważa przelatującego ptaka. Chwyta za lornetkę. Ręcznik opada na uda. Na pierwszym planie ognisko, które ma zapłonąć.

Po chwili rodzi się ogień.

Z tworzącym gulę w gardle zachodem słońca i motolotniami na niebie.

 

Rozpaliliśmy też trociczki przeciwkomarowe i mamy spokój. Komarzyce omijają nsze miejsce. Za to miejsce przyjazne stało się wędkarzom, którzy delikatnie, delikatnie, zaczęli się do nas zbliżać, w końcu zaproponowaliśmy im, aby łowili na naszej skarpie. Nad Pilicą zaczęła unosić się mgła:

Kolejny mistyczny wieczór, w którym robię za wiedźminkę:

Tymczasem w niedzielę Antonina miała być w redakcji. Zebraliśmy się sprawnie. Namiot, śpiwory, karimaty ułożone w bagażniku, komórka zalana wcześniej wodą zadziałała, azymut Warszawa Mokotów, Krysia z nawigacji rozpoczęła monolog znaną formułką: „Prosto” i pojechaliśmy. Bez śniadania. Śniadanie miało być po drodze. Było. W różnych restauracjach, gospodach, karczmach, tyle, że nie po naszej stronie dwupasmówki.

Ale przecież po dwóch dniach bycia czarownicą w przyrodzie, człowiek nie traci tych cudownych zdolności.

„Rzeko, drogo, przyrodo i wy drzewa. Chcę zjeść jajecznicę w pięknym miejscu. Na dworze, w zieleni. Zaprowadźcie tam nas – powiedziałam bezgłośnie, telepatycznie.

Rzeka, droga i przyroda zaprowadziły nas w miejsce oddalone nieco od  trasy zwanej „siódemką”, jakiś zupełny koniec świata, nic tam nie może byćktóre się zwie „Rancho pod bocianem”.

Dramat.  Nie ma kucharza. – Ale my tylko jajecznicę – stęknęłam. – Jajecznicę ogarnę – zapewniła pani z recepcji.

Usiedliśmy w czarownym ogrodzie. Ja wściekle już głodna, bo było już przed południem. Nagle widzimy procesję złożoną z pary kelnerów: idą półmiski wędlin, pasztetów i serów. Idzie talerz pomidorów, ogórków i rzodkwi. Idzie koszyczek z pieczywem, drugi z masłem, musztardą, miodem i konfiturami. Idzie kawa spieniona mlekiem. W końcu nadchodzi jajecznica.

- Daliśmy po trzy jaja, bo państwo głodni.

Popatrzyliśmy na siebie oniemiali. Odebrałam telepatycznie Pawła bezgłośne pytanie: - Jak myślisz, ile to będzie kosztowało?

- Noo... pewnie z 80 złotych – powiedziałam głośno.

Zapłaciliśmy 18. Na głowę. I można płacić kartą.

- A kiedy będziecie państwo znowu wracać znad Pilicy, prosimy o telefon. Przygotujemy wszystko na państwa przyjazd – powiedziała Pani z Recepcji i wręczyła mi wizytówkę.

Naprawdę, warto zaufać Naturze i komunikować jej swoje oczekiwania. Wszystko żyje! I nas słucha.

poniedziałek, 05 sierpnia 2013

Życie tam wcale nie jest prostsze niż gdzie indziej i ludzie, których spotykam na Podkarpaciu, też borykają się ze swoimi problemami. Ale za każdym razem, kiedy tam jestem, a jestem „w gościach”, co oznacza, że niewiele robię, za to mam czas na refleksję, odnoszę wrażenie, że tam żyje się pełniej, a przez to łatwiej. A może to nawet nie wrażenie, ale przeczucie przeczucia, jakie rodzi się z obserwacji życia i ludzi z Podkarpacia, kiedy to niczym błysk jasności pojawia się w mojej głowie słowo „więź” i wtedy rozumiem, dlaczego najnowsze badania psychologów wskazują, że to właśnie więź z drugim człowiekiem jest podstawową potrzebą ludzką i najważniejszym bodźcem rozwojowym. Ale jest to też bardzo delikatna i tajemnicza materia, trudna do zgłębienia.

Pełnia na Podkarpaciu polega na harmonii z przeszłością i przyszłością, na codziennym obcowaniu z wartościami, które ludzie manifestują w sposób naturalny, jak manifestuje swoją naturalność świeżo upieczony chleb, szklanka mleka, czy kiełbasa z ogniska. To też harmonia historii pisanej tą wielką i tą małą literą, harmonia z przyrodą i wspólnotowa odpowiedzialność. Za wszystko. I, co chyba zdumiewa najbardziej – również za mnie, bo kiedy się tam pojawiam, grzeję się w tym ludzkim cieple i przejawach wszelkich w tym, abym się dobrze czuła.

Szukam podobieństw między moją, warmińską krainą, w której się wychowałam, w gościnności, języku, zwyczajach kulinarnych czy kulturowych. Znajduję oczywiście różnice – najwięcej jest w kuchni i w języku. Na przykład u nas na rzepy mówiło się „dziady”, tymczasem na Podkarpaciu „dziady” to jeżyny, a z kolei na czarne maliny, których u nas w ogóle nie ma – tam mówi się siwuchy. U nas się szło na podwórko, tam się chodzi na pole. No, ale pytanie: „A czyja ty jesteś?” było już wspólne i tam, i na Warmii.

Obserwuję więc ludzi i podpatruję ich wzajemne, wielopoziomowe relacje, słucham ich oryginalnych historii, opowiadanych tak sugestywnie, że czuję dym i gorąc płomieni palącego się domu w Kurzynie gdzieś w 1950 roku. Wówczas niemal cała wieś poszła z dymem,  a wszyscy ludzie byli w tym czasie na mszy. Wyobraźnia uruchamia obrazy i widzę siedmioletniego chłopca, który wybiegł razem z ludźmi z kościoła, a potem stał przed swoim domem, może miętolił w zbielałych dłoniach wytartą czapkę i patrzył, jak pożera go ogień. – Dom został odbudowany w trzy lata, sąsiedzi pomogli – wspomina Tata Pawła, popatrując na swoje gniazdo rodzinne i popatrując w przeszłość, a my wraz z nim, nie zważając na wściekłe ataki komarów. Delektuję się wspomnieniami dziewczynki z Krzeszowa, która kiedy poszła do liceum, wstydziła się mówić, że idzie „na pole”, bo wydawało jej się to takie wiejskie ( u nas mówiło się „wsiuńskie”), a nie miejskie. - Ale okazało się, że w Leżajsku wszyscy chodzili „na pole” – ze śmiechem wspomniała raz Pawła Mama.

Piękno Podkarpacia w Krzeszowie odurza. Obfotografowaliśmy z Pawłem to miejsce pełne żywych czarów. Widok „na pole” i stodołę:

Na dawną kuchnię letnią (u nas nie było letnich kuchni), które zagospodarowała bujna przyroda, bo jak wiadomo, ona nie znosi próżni:

 

Żółte zastępy małych słońc:

 

Kopry stwarzające złudne wrażenie, że są lasami w Tanzanii:

 

Ukochane malwy, które powinny rosnąć przy każdym wiejskim domu:

 

I malować otoczenie swoim pięknem:

 

Obowiązkowe smolinosy z floksami na drugim, lekko zamydlonym planie:

 

No i spotkać się z krzeszowskim wiewiórkiem, który został przyłapany na wgryzaniu się w świeżo zerwane orzechy laskowe:

 

A potem pojechaliśmy nad Tanew, w miejsce dzikie i bezludne, ale pełne życia, gdzie Tata Pawła przypomniał sobie, jak to jest łapać ryby gołymi rękami:

 

Gdzie udało mi się zrobić portret Pawła prawie udany:

 

Spotkaliśmy dzięcioła zielonosiwego:

 

I rozpaliliśmy ognisko kulinarne. Z kiełbasą boczkową, nie wiem, czy jest znana w innym rejonie:

 

Życie nigdzie nie jest proste, wiadomo, ale można je sobie czasem uprościć, prawda? Większości z nas nie stać na wielkie podróże, podbijanie wielkiego świata i odkrywanie nowych wysp. Ale założę się, że wszystkich stać na takie malutkie podróże w stronę przyrody i w stronę drugiego człowieka.

 

 

 

Ostatni nocleg tego krótkiego, ale jednak intensywnego urlopowania postanowiliśmy spędzić tak, jak pierwszy – w kompletnej dziczy. Ania proponowała jezioro Mielno, bo czyste, ja w zapasie miałam jezioro Kownatki, ale przeczytałam w internecie, że akurat tego dnia, nad jeziorem ma być impreza disco polo. Informację zostawiłam sobie, nie zdradzając nic Pawłowi. Pomyślałam: „No, ale może znajdziemy tam miejsce dzikie, gdzieś po drugiej stronie jeziora”.

Pożegnaliśmy się z Anią i Warrenem i wystartowaliśmy. Przystanek pierwszy – Mielno. Ładnie, ładnie, ale jakoś tak… cywilizowanie. Przystanek drugi – Kownatki. Dojazd do jeziora tylko z jednej strony, z płatnym parkingiem, plażą i potężną sceną.

- Kochanie, nie powiedziałam ci czegoś. Ma tu być impreza disco polo – przyznałam ze skruchą. Szukaliśmy dostępu do jeziora z innej strony i tak trafiliśmy na ośrodek „Mazurskie marzenie”. Miejsce urocze, piękne architektonicznie, z plażą. Apartament w cenie około 300 złotych. No, to podziękowaliśmy. Zwłaszcza, że zespoły disco polo już się rozgrzewały i przytupne dźwięki niosła woda. Uciekliśmy stamtąd. I pojechaliśmy w nieznane. Z asfaltowej drogi skręciliśmy w polną. Prosto nad jezioro Gardejki. Tak jak chcieliśmy – w kompletnej dziczy. Nazbieraliśmy patyków na ognisko, łatwo nie było, bo głownie były to cierniste krzewy. Ale paliły się jak trzeba.

 

I oddaliśmy się kontemplacji natury. Słuchaniu szelestów, pojedynczych odgłosów dzikich zwierząt i ptactwa przyrody nieokiełznanej.

Na niebo wypełzł jasny księżyc nieomal w pełni, który nastrajał do dobrych rozmów.

 

Rano obudziło nas słońce i dyskretni wędkarze, którzy szukali miejsca do wędkowania. Zebraliśmy się szybko i postanowiliśmy śniadanio-obiad zjeść w smażalni ryb u jednego pana, któregośmy już znali z poprzednich wypraw. Ale – smażalnia kiedyś stała przy głównej trasie, „siódemce”, reklamy z daleka krzyczały: "Sie je ryby we Frąknowie", teraz, po przebudowaniu w tym miejscu drogi, znalazła się na uboczu. Trzeba nadłożyć drogi, aby tam dojechać. Nie spieszyło się nam. Dojechaliśmy i zobaczyliśmy, że znajomy pan na brak klientów nie narzeka. Co to jednak znaczy renoma dobrego jedzenia.

- Zupa rybna próbowana była? – przywitał nas pan.

- Nooo, ja właściwie nie jadłam.

- Zupa rybna po pół porcji – zadysponował, pochylając się nad okienkiem oddzielającym bar od kuchni.

- Pierogi próbowane były? – na powrót zwrócił się do nas.

- Nie były – przyznaliśmy zgodnie.

- To po dwa pierogi na spróbowanie. Jakaś ryba?

- Co pan poleca?

- Sielawa. Świeża.

Zamówiliśmy więc sielawę i usiedliśmy, oczekując na te wszystkie pyszności.

Spojrzałam na Pawła. Rękoma objął twarz. Jego mina mówiła wszystko: „O Boże, koniec urlopu, jutro do roboty”.

 

No, ale pocieszenie w postaci świeżych sielawek poprawiło nam humor.

Zwłaszcza, że kolejny weekend też mieliśmy już zaplanowany – czekało na nas piękno Podkarpacia…

 

 

środa, 31 lipca 2013

Po kilku miesiącach żmudnych prac wreszcie jest:) Oto nasz oryginalny film ze spływu po Biebrzy. Mariusz Godzina, nasz przyjaciel, przecierał oczy, gdyśmy mu to wyświetlili: "Piliście coś" Używaliście?" No, bo jak można się tak na luzie zachowywać, mówić, że chce się siku, albo "zamieszuję", albo mylić sałatkę z ogórków z sałatką z pomidorów?

No, można. Byliśmy trzeźwi, niczego nie używaliśmy prócz przyrody:)

https://www.youtube.com/watch?v=Uk-Akg9nyHA

wtorek, 30 lipca 2013

Skajboty. Miejsce, które dziesięć lat temu uwiodło moich przyjaciół, więc zakupili stary dom ze stodołą i oborą, paskudnym, zrytym przez krowy podwórkiem i śmierdzącą sadzawką, i własnymi rękami stworzyli z niego pełen harmonii raj.

Lubię tu być, choć zdarza się to o wiele rzadziej, niż bym chciała.

Ale okazja była – w Olsztynie musiałam wyrobić sobie nowe dokumenty, nowy paszport, bo na dowód do Afganistanu nie wjadęJ

Droga przez urzędy okazała się drogą przez mękę i rozstroiła mnie zupełnie, ukojenia poszukaliśmy na innej warmińskiej wsi – Łomy, gdzie odwiedziliśmy na chwilkę naszego przyjaciela, co to któryś już rok z rzędu pieści swój oryginalny dom z gliny, no, a potem do raju. Czyli do Skajbot.

Były nocne ogniska i spotkania z księżycem, rozmowy, które ulepszają nasze światy, była wyprawa na kurki w podbarczewskich lasach.

Paweł słabo zaangażował się w zbieractwo, za to postanowił aparatem wymalować leśne impresje:

 

Impresja pierwsza:

 

Impresja brzozowska:

 

Impresja symbiotyczna:

 

Impresja słodka:

 

Impresja sen grzybiarza:

 

Impresja skryta:

 

A potem Paweł się zgubił. Szukałyśmy go błąkając się po lesie, krzycząc jak wariatki, ale nic. Gęsty las tłumi nawoływania – tego doświadczyłam. Bo potem, kiedy Paweł się już znalazł – objawił się z zupełnie innej, nieoczekiwanej  strony, zaginęła podczas poszukiwań Ania. Z warmińskimi lasami nie ma żartów.

Ale za to z owocami lasu jest wielka zabawa. Ostatniego dnia w Skajbotach urządziliśmy kurkowy tryptyk. Ja ugotowałam markowskie ziemniaki zgodnie z rodzinną, wiekową recepturą:

 

Paweł wyczarował sos z kurkami według receptury podkarpackiej:

 

Ania zrobiła jarzynkę i sałatę ze swojego warmińskiego ogrodu, z kwiatami liliowca, które mają dużo żelaza. I mogliśmy zasiąść do uczty. Paweł fotografuje, podczas gdy my otaczamy nasz stół silnymi więzami:

 

A potem pojechaliśmy dalej…

…a potem pojechaliśmy do domu, mojego rodzinnego gniazda, gdzie mama sadzi kwiatki i robi to zawsze, niezależnie od sytuacji meteorologicznej, gospodarczej i politycznej:

 

Obowiązkowo róże i smolinosy:

 

Jak co roku, bo to już weszło w ceremonialny zwyczaj, wybraliśmy się do miejsca mrocznego i magicznego – cmentarzyska byłych właścicieli wioski, gdzie w kamiennym prawdopodobnie celtyckim kręgu sprzed trzech tysięcy lat spoczęły ciała w grobowcach rodziny Dohnów. Grobowce są sprzed wojny, z 1938 roku, rodzina nie ukrywała, że sympatyzowała z Hitlerem, który, niestety, przyswoił ten piękny i święty religijny symbol do swojej nieludzkiej ideologii. To stąd jej widok budzi u mnie za każdym razem dreszcze i zgrozę. Nawet wtedy, kiedy widziałam ją na złotych łańcuszkach i szyjach Hindusów w Bangalore.

A przecież znak złamanego krzyża występował w Polsce już od II wieku przed naszą erą. Dla Słowian-Pogan to był święty znak najwyższego dobrodziejstwa, wiary i Bogów. Podobnie jak u Indian, wierzących w czterech strażników – Wschód, Południe, Słońce, Zachód i cztery żywioły, tak i dla Słowian cztery ramiona krzyża symbolizują Wodę, Ogień, Powietrze i Ziemię. Tym znakiem zdobiono (podobno nadal się to robi) pisanki i weselny chleb, był on też umieszczony na mundurach Strzelców Podhalańskich. Piękny symbol słońca, dający szczęście:

 

 

Jak zawsze, kiedy wracaliśmy z cmentarzyska (a propos, przed wejściem na nie znalazłam piękne okulary przeciwsłoneczne, może się ktoś zgłosi) powitał nas bielik, który w tym miejscu ma swoje gniazdo. Długo kołował nad cmentarzyskiem i nad nami:

 

A potem pokazałam Pawłowi miejsce, gdzie chciałabym, aby rozsypać moje prochy:

 

Tak, to jest Warmia:

 

Rodzice obdzielili nas płodami ziemi, markowskimi ziemniakami, burakami, cebulą, marchwią oraz furą fasolki szparagowej.

I pojechaliśmy dalej.

środa, 24 lipca 2013

Ostatni, jak mówią ludowe przekazy, gasi światło i zamyka drzwi na klucz. W poniedziałek 15 lipca jako ostatni uporządkowaliśmy, co trzeba było uporządkować po fantastycznych warsztatach, w jakich uczestniczyliśmy (a które zasługują na osobną notkę, podobnie jak jej prowadząca Alinka, o czym niebawem). Zgasiliśmy zatem przysłowiowe światło i na klucz zamknęliśmy uśnicką łąkę. I pojechaliśmy do Jantaru, do naszego przyjaciela Leszka Michalika, indiańskiego nauczyciela i autora indiańskich książek, który tam właśnie latem jest prawdziwym wodzem, żyjącym w wiosce indiańskiej i prowadzącym indiańskie muzeum. Tym razem nie był sam – ma prawdziwą asystentkę, Justynkę.

 

- Śpicie w tipi – przywitał nas Leszek i pozwolił wybraćtipi. Wybraliśmy zielone. Justynka natychmiast zaproponowała kawę i rzuciła siępomagać nam przenosić bagaże.

 

Dostaliśmy folię na ziemię, na nią ułożyliśmy karimaty, na to sienniki, na sienniki śpiwory i koc. Posłanie gotowe.

Tipi jest idealnym miejscem do spania i mieszkania. Przewiewnie, a ciepło, z racji tego, że można tam palić ognisko. Tę imponującą górę patyków przytargaliśmy własnoręcznie z jantarskiego lasu.

 

A potem poszliśmy przywitać się z morzem. Widok Pawła nieodmiennie przypomina mi scenę z książki mojego dzieciństwa, „Kamienica pod Magnolią” Elizabeth Stucley, kiedy to jeden z bohaterów, mały Wilek po raz pierwszy ujrzał morze. Wilek tak właśnie musiał wyglądać:

 

Ale kiedy się odwrócił, znów stał się Pawłem, fotografem dzikiej przyrody:

 

Ha! Tylko że to mnie tym razem udało się sfotografować sieweczkę obrożną:

 

Plaża jak zwykle, nie wiadomo dlaczego, ściskała za gardło:

 

Wieczorem długie z Leszkiem rozmowy Polaków przy ognisku. Paweł odszedł na stronę i wrócił wściekły. Wpadł do rowu i zamoczył spodnie, co, o czym jeszcze nie wiedzieliśmy, miało skutkować przykrą niespodzianką.

Rano okazało się, że zamoczył się pilot z kluczykami od samochodu. Samochodu nie dało rady odpalić, mimo rozłożenia pilota na czynniki pierwsze i wysuszenia.

- Trzeba wymienić baterię – powiedziałam intuicyjnie, bo przecież kompletnie nie znam się na technicznych sprawach. Bateria była dziwna: malutka i pękata, nie wiadomo, czy do dostania.

- Na pewno mają takie na stacji paliw – znów rzuciłam intuicyjnie. Poszliśmy więc beztrosko nad morze, nie przejmując się samochodem. Pogoda była sztormowa, wiatr poderwał nas w górę i lataliśmy...

 

... jak ptakiJ

Sprawa samochodu stała się pilna wieczorem, kiedy wysuszony pilot nadal nie działał, a my następnego dnia chcieliśmy jechać w dalszą drogę. Znajomi dawali rożne rady, w końcu postanowiłam zadzwonić do kuzyna, który ma własny warsztat samochodowy.

- Bateria – stwierdził autorytatywnie, kiedy wysłuchał całej historii. Paweł bujnął się więc rowerem do pobliskiej miejscowości Stegny. Kupił na stacji paliw baterię, przyjechał i odpalił samochód.

Wieczorem na ognisko wpadł do nas Jerzy Ożga, nauczyciel najszybszej szkoły jazdy konnej w Polsce, ze swoją partnerką Aliną. Alina przyniosła talerz wspaniałego ciasta marchewkowego, upieczonego w Termomixie - urządzeniu, jaki powinna mieć każda gospodyni, która nie lubi marnować czasu w kuchni.

- Jedziesz do Afganistanu, a nigdy nie siedziałaś na koniu? – zdziwił się Jerzy. – Babo jedna, jutro o 6.30 zjawiacie się u mnie i jedziemy nad morze. Galopem, bo konie muszą się wybiegać.

Budziki nastawiliśmy na szóstą rano. Poranek z końmi w promieniach wschodzącego słońca uwiecznił Paweł.

 

A potem z duszą na ramieniu (to ja) udaliśmy się do stajni jednego z najbardziej niezwykłych ludzi, jakich dane mi było poznać. Faceta, który o koniach wie wszystko, rozmawia ich językiem, ujeżdżał konie w Azji, pędził dzikie stada w Afryce i wygrywał na świecie rodeo. A na dodatek jest wielkim społecznikiem i wiele dobrego robi w swojej lokalnej społeczności. Długo by o nim pisać, na szczęście nie muszę, bo koledzy z „Dziennika Bałtyckiego Polski The Times” zrobili to za mnie, tu można przeczytać o Jurku Ożdze: http://www.dziennikbaltycki.pl/artykul/931263,duma-przedsiebiorcy-konie-zyciowa-pasja-i-biznes,id,t.html?cookie=1

Stanęliśmy na końskim dziedzińcu, jeszcze nie wiedząc, co nas czeka.

Kiedy wsiadłam na konia, najspokojniejszą chyba klaczkę w stadzie, o pięknym imieniu Erotica, wpadłam w panikę.

- Nie, ja się nie nadaję, ja chcę zejść, ja zaraz spadnę, ja chcę zejść – panikowałam. Byłam przekonana, że ten facet, który mówi, że nauczy mnie jeździć, głęboko się myli, że są ludzie, którzy nigdy nie powinni siedzieć na koniu i ja właśnie do nich należę.

- Jedziesz babo! – Jurek huknął głosem nie znoszącym sprzeciwu i dał mi opiekuna w osobie 13-letniego Mateusza.

Koń poszedł w kłus, ja we wrzask, a Mateusz spokojnie: - Pani anglezuje, ja pani pokażę, pani anglezuje.

Anglezuje?! Przecież ja nawet nie wiem, jak stopy w strzemionach trzymać!

 

Tyłek obijał mi się o siodło, dobrze, że nie zjadłam śniadania, bo w brzuchu wszystko się wywracało, o Boże, co za koszmar, nic nie wiem, siedzę na koniu jak ofiara, a przed nami droga przez las, po pagórkach, strome, piaszczyste wejście przed plażą, na bank zlecę, a koń zatłucze mnie kopytami.

Nic takiego się nie stało. Ale zanim to zrozumiałam, nie potrafiłam za grosz cieszyć się przejażdżką, słońcem, morzem i końmi.

 

Tu doskonały jeździec, pan stadniny i inspirator mojego pierwszego razu - Jerzy Ożga:

 

 

 

Wracając „pani” już nawet próbowała anglezować, a nawet odczuwać coś na kształt przyjemności z konnej przejażdżki w przyrodzie.

- Nie miałam racji. Ty ją miałeś. Dzięki – powiedziałam Jurkowi po zejściu z konia. Nogi trzęsły mi się jak po skoku na bungee. Jerzy zaprowadził mnie do Alinki na kawę i bułki (upieczone w Termomixie) z masłem (zrobionym w Termomixie) oraz pyszny napój pietruszkowy (też z Termomixu).

Tymczasem Paweł – przyjął wyzwanie i udał się na drugą jazdę, tym razem już naprawdę w galopie. Dla mnie to było szalone. Wrócił po ponad godzinie – spocony, twarz ściągnięta, tylko oczy rozszerzone ponad miarę wskazywały, że emocje były.

- Jak było? – zapytałam?

- Koń biegł, ja siedziałem – odpowiedział lakonicznie.

Wyobraziłam sobie, że to musiał być horror, ale też pozazdrościłam mu odwagi.

Nad Jantarem tego dnia pięknie świeciło słońce, postanowiliśmy więc zażyć morskiej kąpieli.

Przed nami stanęło towarzystwo – wypisz wymaluj z „Rejsu” – Mamoniowie z Sidorowskimi, bardzo nam miło, co natychmiast uwiecznił Paweł.

 

Uwiecznił też mnie, pływającą wokół tego dziwnego towarzystwaJ

Pożegnaliśmy się pięknie z morzem:

 

A potem wysuszyliśmy się i pojechaliśmy dalej…

 

 

 

20:21, good_news
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 22 lipca 2013

Duchowy Survival – poszukiwanie własnej Ścieżki Mocy to precyzyjnie zaplanowany punkt w naszym rocznym kalendarzu. W tym roku, na, jak to po swojemu nazywam – indiańskie warsztaty w Uśnicach-Parparach koło Sztumu –  wybraliśmy się w czwartkowe późnawe popołudnie 11 lipca. Do Parpar dotarliśmy koło północy, co też już chyba jest tradycją; w Sztumie zabraliśmy jeszcze naszą indiańską nauczycielkę – Elke. Pod niebem pełnym gwiazd rozbiliśmy nasz mały namiocik, ale spać, jak to zwykle na uśnickiej łące bywa, gdzie rozmowom i patrzeniom w niebo nie ma końca, poszliśmy o świcie.

Piękny to czas, kiedy przez kilka dni człowiekowi do głowy nie przyjdzie spojrzeć na zegarek, ani sięgać po telefon, gdzie nie docierają newsy ze świata i gdzie przeżywa się jedyny w swoim rodzaju Indian Time: medytuje, rozmyśla, czyni liczne refleksje w potrzebnych w życiu chwilach zatrzymania, spotyka się twarzą w twarz z przyrodą i są to bardzo głębokie duchowo spotkania. Spotkania intymne, podczas których podsumowuje się miniony rok, marzy o szczytach do zdobycia, ładuje się akumulatory na kolejne miesiące życia w mieście. Dużym mieście.

Tam, nad rzeką Nogat, nie zawracam sobie głowy cywilizacją, żyję jak dzika, pierwotna kobieta. Taka, która rozmawia z ptakami, drzewami (i rzeką oczywiście, choć ten fakt wzbudza u moich redakcyjnych kolegów sporo wesołości i kpinkom nie ma końca. Wystarczy, że mam odmienny pogląd na jakąś sprawę, od razu słyszę: „No tak. Ale Anita rozmawia z rzeką” – i wszystko wydaje im się jasne i się chichrają jak potępieńcy).

Ale do brzegu. Był taki dzień, w którym wybrałam się samotnie nad brzeg rzeki, przez chaszcze i urwiska, stromym grzbietem lasu, aby wyrzucić z głowy intelektualnego paplańca, który wszystko, co widzi, albo wydaje mu się, że widzi, musi intelektualnie zanalizować i dałam się ponieść żywiołom. I spotkała mnie niespodzianka – w końcu po raz pierwszy udało mi się znaleźć bzowe uszy.

 

Te smaczne, zamszowe grzybki moja koleżanka Ewa zbiera od lat, suszy i używa do różnych potraw. Dostałam raz od niej słoiczek suszonych bzowych uszu, początkowo z obawą, a potem z radością wrzucałam je do bigosu. Ale sama nigdy wcześniej ich nie widziałam. A tu proszę.

Nad Nogat w dzień samotnego bycia w przyrodzie wybrał się też Paweł i wyczaił miejsce, gdzie siedzi czapla. Niedzielę mieliśmy więc zaplanowaną: podejść czaplę.

Wybraliśmy się po południu, samochód zostawiliśmy przy mosteczku i udaliśmy się chaszczami i leśnymi wąwozami na upatrzoną pozycję.

 

Miejsce czapli to korzenie i konar leżący na wodzie, jakieś dziesięć metrów od krzaków w których postanowiliśmy się ukryć i zamaskować.

Czapli na szczęście jeszcze nie było i nie wiadomo było, czy w ogóle przyleci. Paweł wyciągnął cały arsenał maskujący: wojskowym szaliczkiem opatulił obiektyw, drugim zawiązał głowę, włożył wodery, a na nie zarzucił siatkę.

I gotowy:

 

 

Z wędkarskim stołeczkiem wlazł w wodę i znieruchomiał. Ja usadziłam się nieopodal w krzaczorach, na pniaku.

Czekamy. Żadnego ruchu. Czapla przeleciała nad nami, ale nie usiadła. Druga czapla przeleciała – nie usiadła. Przepłynął statek, potem drugi, potem łódź z wędkarzami, a my przy brzegu tkwiliśmy jak duchy i nikt nas nie widział. Przypłynęła rodzina kaczek, młode już wyrośnięte, jedna spoglądała w moją stronę, ale ja nic.

Ja nadal jak grób. Milcząca, zasłonięta, bezporuszająca, aby się nie zdradzić. Myślałam sobie, może ta czapla obserwuje to miejsce, jeśli zobaczy, że kaczki się spłoszą, na bank nie przyleci.

Mija godzina, mija druga. Nuda. Z nudów fotografuję sobie stopy, żeby uwiecznić niespodziewany pedicure, jaki mi się trafił.

Oczywiście rozmawiałam z rzeką, telepatycznie, jak to w duchowym świecie bywa i miałam jej zapewnienie, że czapla przyleci, cierpliwości, ale będzie, na bank.

I nagle – bezszelestnie na konarze pojawia się ona. Wędruje z korzenia na konar, z konaru na korzeń, a łapy ma jak dinozaur. Nagle pochyla się, wpada do rzeki, zanurza cała, po czym widzę ją z rybą.

I to jedyne zdjęcie, jakie tu zamieszczę: moja pierwsza czapla z upolowaną zdobyczą.

 

Wiedziałam, że lepiej się zbytnio nie ruszać, nie spłoszyć, bo Paweł by mi tego nie wybaczył. W końcu to on wypatrzył to miejsce i to była jego czapla. I ma lepszy aparat i większą znajomość rzeczy.

Czapla pozwoliła się fotografować pół godziny, zapolowała w tym czasie dwa razy, a potem z gracją odleciała.

Po czterech godzinach siedzenia w bezruchu… nadal siedziałam w bezruchu, czekając na decyzję Pawła. Bo może rzeka powiedziała mu, że jeszcze warto poczekać, bo to jest też doskonałe miejsce bielika (mnie to powiedziała).

Wynurzył się w końcu. Ścierpnięty, ale szczęśliwy.

 

- Zrobiłem zdjęcia życia – tylko tyle powiedział.

I to jest prawda. Niezwykłe zdjęcia czapli znajdą się niebawem na blogu http://pawbrzo.flog.pl

 

 

 

 

20:56, good_news
Link Komentarze (2) »
niedziela, 21 lipca 2013

A teraz z innej beczki. Sporo zaległości w pisaniu się mi narobiło, a czas nie czeka, tylko pędzi, a my pędzimy wraz z nim. Ale mamy też chwile zatrzymania, refleksji i zanurzeniu się w duchowym świecie zwierząt przyrody nieokiełznanej, że pozwolę sobie sparafrazować skądinąd znany filmowy cytat, którym zaraził mnie Paweł.

Dwa tygodnie temu zjawiliśmy się w raju, który zwie się Skajboty. Raj w Skajbotach stworzyła moja przyjaciółka Ania ze swoim mężem Warrenem, mieszkają w tej przyrodzie nieokiełznanej z psami, kotami i bocianem na gnieździe.

- Mamy jeżyka – poinformowała radośnie Ania. Jeżyk łazi sobie po ogródku, nic  a nic się nie boi, można go brać na ręce, można fotografować.

No, to przymierzyłam się do fotografowania jeżyka, co zaraz sfotografował Paweł.

A potem sfotografował tę piękną czupakabrę, którą Ania trzymała w rękach.

 

I to w różnych odsłonach i minach:

 

I z różnym tłem:

 

- Uwaga! Znalazłem drugiego jeża – poinformował Paweł. Potem znalazł trzeciego, a jeszcze potem znalazł się też czwarty. Co jedzą jeże – zachodziliśmy w głowę. Ania przyniosła im rozrzedzonego z wodą mleka. Ich apetyt nie pozostawił wątpliwości – bardzo były wygłodzone i bardzo im mleko smakowało.

W skajbociańskim raju wciąż jest coś do obfotografowania. Tym razem Paweł wypatrzył ptaszka, a ja sfotografowałam jego fotografowanie:

 

A potem wybraliśmy się na spacer. Znalazłyśmy z Anią chwilę, aby przysiąść w rajskim otoczeniu i pogadać o tym, co najważniejsze:

 

Kiedyśmy doszli do jeziora (w raju musi być jezioro, inaczej co to za raj), Warren był pierwszy, który do niego wskoczył. Sama radość:

 

Gdyśmy wracali z naszej duchowej wycieczki, nagle, patrząc na naszą grupę, przypomniałam sobie scenę z filmu "Dyskretny urok burżuazji" Luisa Buñuela, w którym tak naprawdę nie wiadomo, co się dzieje naprawdę, a co jest czystą fantazją:

 

A Paweł sfotografował mnie, kiedy tę scenę fotografowałam.

I tak oto można by tę historię zamknąć klamrą, w której fotografujący są też fotografowani, ale ale… Dopełnieniem niech będzie zdjęcie kawałka skajbociańskiego raju, który wygląda tak:

 

 

 

Do Skajbot znów wróciliśmy po dwóch tygodniach, ale to zupełnie inna historia. Niebawem ją opowiem.

18:42, good_news
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 71