Anita Czupryn

Utwórz swoją wizytówkę
Newsy prywatne i osobiste
Blog > Komentarze do wpisu

Mistyczny weekend nad Pilicą

Słońce na zachodzie było już jak kropla płonącego złota osuwająca się nieuchronnie wciąż bliżej i bliżej parapetu świata, kiedyśmy znaleźli to miejsce. Dzika strefa nad Pilicą.

Dla mnie to była po prostu kolejna wyprawa badawcza, którą rozpoczęłam w piątek rano w internecie, i nawet przesłałam kilka linków Pawłowi, który w piątek siedział jeszcze w pracy.

- Ekstra, to kochanie zarezerwuj i spływamy – napisał. Chyba nie otworzył linka, nie wgryzł się w temat.

- To jest nocleg pod chmurką, więc rezerwuję dobrą pogodę – odpowiedziałam.

Zapakowaliśmy się wieczorem, a potem wysiedliśmy z samochodu zupełnie bezbronni. W powietrzu roiło się od komarów. Natychmiast przypuściły na nas krwiożerczy atak. Mimo porażającego upału, włożyłam kurtkę z kapturem i długie spodnie. Rozejrzeliśmy się po naszej miejscówce. To było dobre miejsce.

Wyrzuciliśmy na trawę namiot, śpiwory, karimaty, ale najważniejsze było zdążyć przed ciemnością i zdobyć drewno na ognisko. Ciemność obiektywnie nie istnieje. To ludzie wymyślili taką nazwę, która w rzeczywistości oznacza brak światła. Chcieliśmy mieć światło w ciemności, chcieliśmy palić ogień.

Zanurzyliśmy się w ciemny gąszcz, jak nam się wydawało, lasu. Przeciskaliśmy się zatopieni w świecie roślinności, z twarzami zwróconymi w ciemniejącą stronę. Gęste poszycie, krzaki, korzenie, łodygi tworzyły jedną plątaninę, czepiały się łydek i ubrań. Paweł zrzucał patyki na stos, a ja zanosiłam je do miejsca, które wybraliśmy na biwak. Do naszego obozu. Bazy. Powstawał solidny stos.

Drzewo nienaruszone – stwierdził Paweł. Skinęłam głową: - Nikogo przed nami tu nie było.

Chwilę później malutki płomyk liznął cienki patyczek, wzrósł, nabrał barwy, sięgnął wyżej, do grubszych drewien, które zajmowały się z trzaskiem. Gałęzie ulegle poddawały się pomarańczowym płomieniom. Cała ta sceneria – ogniska i takoż pomarańczowej ściany po słońcu oraz nadchodzącej ciemności i odgłosów dzikich zwierząt i ptaków, pełna była jakiegoś uroku, którego byliśmy świadkami i który dawał nam poczucie szczęścia. W takich chwilach, wiem to z doświadczenia, dzieci, czując potrzebę wyrażenia tego przepełniającego ich szczęścia skaczą do góry, albo stają na głowie. No, ale my jesteśmy dorośli, a powściągliwość, to cecha, którą szczególnie ceni sobie Paweł. Westchnęłam sobie tylko cichutko, mamrocząc pod nosem jak Mamoniowa z Rejsu: „Ale pięknie”.

Być może komuś obserwującemu nas z boku trudno byłoby powiedzieć, co konkretnie stanowiło przyczynę naszego zachwytu. Byliśmy spoceni, brudni, po pracy, zmęczeni długą drogą i pogryzieni przez komary. Ale. Odbieraliśmy wyostrzonymi zmysłami nieuchwytne piękno chwili.

Słońce w końcu zgasło, jakby ktoś nacisnął wyłącznik, a miejsce, gdzie siedzieliśmy wypełniły nasze cienie.

Obok nas listeczki brzóz rozgadały się w powiewie wiatru i dźwięk ten wydawał się bardzo głośny teraz, kiedy uwydatniła go cisza i ciemność. Świat, ten zrozumiały, rządzony prawami stworzonymi przez człowieka, na dobre usunął się w mrok.

Ogień koi – pomyślałam, który to już raz. Ale mam tak za każdym razem. Na widok tych fantastycznych kolorowych kwiatów ognia topnieją negatywne emocje, zastrupiałe urazy, czy, nie daj Boże, chęć ciskania słów niczym ciężkich kamieni. Nie ma potrzeby manifestowania własnego ego. Nie ma też chyba ludzi, którzy nie ulegliby temu nastrojowi.

Wtedy najlepiej jest szukać najprostszych słów.

- A taka, dajmy na to stal, to z czego się bierze? – zapytałam.

- To stop żelaza z węglem – odpowiedział Paweł, po czym dał mi wykład o tym, jak się hartuje stal, a dopytywany opowiedział o atomach, elektronach, protonach i jądrze. Wprawił mnie w zachwyt.

- To znaczy, że wszystko żyje i jest w ciągłym ruchu! Wszystko żyje! Nawet w tych patykach trwa teraz nieprzerwany ruch atomów – naraz zdało mi się, że dokonałam wielkiego odkrycia, bo jeśli wszystko żyje, nawet rzeczy, które uznajemy za martwe (a skąd się wzięła zatem złośliwość rzeczy martwych?), to wszystko należy traktować z szacunkiem. Już nie tylko rozmawiać z drzewem, rzeką, ale i patykiem, który posłuży za drewno do ogniska, a nawet krzesłem, na którym się rozsiadamy przed komputerem, żeby pisać.

Z wolna zapadała cisza tak głęboka, że słychać było tylko trzask ognia i łagodne westchnienia naszych oddechów. Rzeka dawała o sobie znać coraz cichszym pomrukiem. Czas na nas – oboje w końcu wstaliśmy, by rozbić namiot, nasz dom na sen. Ustawialiśmy go w ciemnościach, nie widząc, że na wysokiej skarpie nad brzegiem rzeki.

- Szpilek chyba nie ma potrzeby wkładać – uznał Paweł. Ale.

- Trzeba, koniecznie. Trzeba przymocować – sapnęłam, jak to ja. Paweł wziął ode mnie szpilki, przeszedł na drugą stronę. Wsunęłam się do namiotu ze śpiworami, aby zrobić legowisko. Nie widziałam tego, a nawet gdybym była na zewnątrz nie zobaczyłabym, jak obsunął się na skarpie, przetoczył, wywinął kozła i runął do wody z głośnym pluskiem. Po chwili znów zapanowała absolutna cisza.

Ale. Usłyszałam ten donośny plusk. Zerwałam się na nogi, wychyliłam z namiotu. Stanęłam bezradna. Ten plusk miał cechę żywiołu i budził grozę.

- Kochanie? Jesteś? Wszystko w porządku? – rzuciłam tekstem, który narodził się podczas spływu tratwą po Biebrzy. Boże, Boże, co mam robić, ciemności takie, nie wiem, co się dzieje – ogarnęła mnie markowska panika. Paweł wtedy nurkował w odmętach. Jak mi później opowiadał, chciał wypłynąć spokojnie, ale miał świadomość, że czekam na odpowiedź, musiał więc wypłynąć szybko, choć niełatwo było z wody od razu wejść na skarpę.

- W porządku – splunął wodą i ponownie zanurzył się w rzece.

Kiedy w końcu udało mu się wejść na brzeg, wynurzył się niczym topielec. Ulga. Nic to, że komórka, kluczyki z pilotem, portfel, wszystko to miał ze sobą. Zdjął ubranie, wywiesił je przy dogorywającym ognisku. Telefon, portfel i klucze, zabrałam do namiotu.

Obudził nas blask. Takie są rozkosze poranka nad Pilicą, kiedy nic nie musisz, a wszystko możesz. Jasne słońce, obmywające wody rzeki i wonne powietrze. Migotanie promieni na powierzchni wody. Oglądanie harców rozgrzanych motyli tańczących w rozgrzanym powietrzu. Kawa ugotowana na prymusie. Dwie brzoskwinie na śniadanie.

Paweł pierwszy zgrabnie wśliznął się do wody (wróć. Okazało się, że skoczył, i okazało się że ja skomasowałam te różne widoki wchodzenia do wody i wyciągnęłam średnią) i równymi ruchami ramion przepłynął kilkanaście metrów, po czym stanął na mieliźnie. Ja do wody weszłam powoli, odświętnie. Zanurzyłam się. Szybko porwał mnie silny nurt. Kiedy rozłożyliśmy się na naszej prywatnej plaży, od rzeki zaczęły napływać odgłosy stukania wiosłami o kajaki, histeryczne śmiechy, głupawe okrzyki okraszane wiązankami bluzgów.

Postanowiliśmy pójść do wsi. Znaleźć sklep. Kupić coś „od komarów”.

Każda dróżka jest improwizacją, a my znaczną jej cześć poświęcamy na pilnowanie własnych kroków - pomyślałam. Wkroczyliśmy w przepych oślepiającego blasku słońca i szliśmy tak naprzeciw roziskrzonej, jaskrawo rażącej materii. Zgubiłam się w labiryncie myśli, które pod wpływem przyrody zaczynają rysować się coraz bardziej niejasno, mgliście, a wreszcie pierzchają niczym ogromne stado jaskółek.

Trzy razy przeszliśmy dookoła wiejskiego krzyża, jak stupy, wypowiadając wielkie myśli: Niech pokój zapanuje nad światem! Niech ludzie ludzie będą szczęśliwi! Niech żyją bez stresu!

Twarz owiewał leciutki prąd powietrza, wywołany marszrutą. Wyciągnęliśmy nasze Zorki Pięć i zrobiliśmy kilka zdjęć.

Do sklepu i z powrotem było około 10 kilometrów (Paweł mówi, że może sześć, ale on zawsze wszystko zaniża).

W obozie wyczyściłam wczorajsze palenisko. Nanieśliśmy drewna. Popływaliśmy. Zrobiłam zdjęcie, które, jak mi się wydawało, może pretendować do konkursu Press Photo w kategorii Ludzie. Paweł okryty ręcznikiem zmienia majtki. Nie jest to sytuacja, którą powinnam opisywać ze szczegółami. Facet nie mówi publicznie, że zmienia majtki. No, ale. Nagle zauważa przelatującego ptaka. Chwyta za lornetkę. Ręcznik opada na uda. Na pierwszym planie ognisko, które ma zapłonąć.

Po chwili rodzi się ogień.

Z tworzącym gulę w gardle zachodem słońca i motolotniami na niebie.

 

Rozpaliliśmy też trociczki przeciwkomarowe i mamy spokój. Komarzyce omijają nsze miejsce. Za to miejsce przyjazne stało się wędkarzom, którzy delikatnie, delikatnie, zaczęli się do nas zbliżać, w końcu zaproponowaliśmy im, aby łowili na naszej skarpie. Nad Pilicą zaczęła unosić się mgła:

Kolejny mistyczny wieczór, w którym robię za wiedźminkę:

Tymczasem w niedzielę Antonina miała być w redakcji. Zebraliśmy się sprawnie. Namiot, śpiwory, karimaty ułożone w bagażniku, komórka zalana wcześniej wodą zadziałała, azymut Warszawa Mokotów, Krysia z nawigacji rozpoczęła monolog znaną formułką: „Prosto” i pojechaliśmy. Bez śniadania. Śniadanie miało być po drodze. Było. W różnych restauracjach, gospodach, karczmach, tyle, że nie po naszej stronie dwupasmówki.

Ale przecież po dwóch dniach bycia czarownicą w przyrodzie, człowiek nie traci tych cudownych zdolności.

„Rzeko, drogo, przyrodo i wy drzewa. Chcę zjeść jajecznicę w pięknym miejscu. Na dworze, w zieleni. Zaprowadźcie tam nas – powiedziałam bezgłośnie, telepatycznie.

Rzeka, droga i przyroda zaprowadziły nas w miejsce oddalone nieco od  trasy zwanej „siódemką”, jakiś zupełny koniec świata, nic tam nie może byćktóre się zwie „Rancho pod bocianem”.

Dramat.  Nie ma kucharza. – Ale my tylko jajecznicę – stęknęłam. – Jajecznicę ogarnę – zapewniła pani z recepcji.

Usiedliśmy w czarownym ogrodzie. Ja wściekle już głodna, bo było już przed południem. Nagle widzimy procesję złożoną z pary kelnerów: idą półmiski wędlin, pasztetów i serów. Idzie talerz pomidorów, ogórków i rzodkwi. Idzie koszyczek z pieczywem, drugi z masłem, musztardą, miodem i konfiturami. Idzie kawa spieniona mlekiem. W końcu nadchodzi jajecznica.

- Daliśmy po trzy jaja, bo państwo głodni.

Popatrzyliśmy na siebie oniemiali. Odebrałam telepatycznie Pawła bezgłośne pytanie: - Jak myślisz, ile to będzie kosztowało?

- Noo... pewnie z 80 złotych – powiedziałam głośno.

Zapłaciliśmy 18. Na głowę. I można płacić kartą.

- A kiedy będziecie państwo znowu wracać znad Pilicy, prosimy o telefon. Przygotujemy wszystko na państwa przyjazd – powiedziała Pani z Recepcji i wręczyła mi wizytówkę.

Naprawdę, warto zaufać Naturze i komunikować jej swoje oczekiwania. Wszystko żyje! I nas słucha.

czwartek, 08 sierpnia 2013, good_news

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2013/08/08 21:48:27
Czytam na przemian z rozkoszą i zazdrością:)
Ps. NA komary najlepszy jest Ultrathon, nic lepszego do tej pory nie widziałam i nie miałam , a żrą mnie okrutnie
-
good_news
2013/08/08 22:26:57
Na komary wypróbowaliśmy trocziczki zwane spiralami. Dają radę:)
-
Gość: , *.mtm-info.pl
2013/08/12 22:39:05
Rozmarzyłam się jak to przeczytałam, zazdroszcze tych wypadów weekendowych :)
-
good_news
2013/08/13 00:20:29
Chodzi nam o to, żeby pokazać, że takie wypady są dostępne. Dla każdego:)
-
2013/08/13 12:41:59
Ale czy Ty aby nam nie ściemniasz? Na każdej kolejnej fotce wyglądasz coraz młodziej, a przecież czas nie biegnie do tyłu... Coś Ty za fotki powyciągała????
-
good_news
2013/08/13 14:06:04
Heheheh, kinio, dzięki:) Ale czas rzeźbi we mnie, rzeźbi;)
-
2013/08/14 08:50:56
To może masz najnowszego photoshopa? :-)
-
good_news
2013/08/14 11:13:42
Nie mam, a zdjęcia zmniejszam w paint'cie;)
-
2013/08/14 20:04:34
Pamiętam, kilka lat temu wpis o pierwszych zdaniach w tekstach - w tym wpisie pierwsze zdanie to majstersztyk;) ( a później cały świat zamknięty w kropce ) pozdrawiam ;)
-
good_news
2013/08/15 19:18:31
kowalnazimno, ale Ty masz pamięć:) Dziękuję:)
-
2013/08/29 10:39:12
i ja pamiętam jak mamrocząc pod nosem życzenia tuptałam na około krzyża w Bieszczadach..., czy się spełniły? już treści ich nie pamiętam, ale człowiek żyje, podziwia zachód słońca, wsłuchuje się w zgiełk miasta, i ciszę w ugorach, więc coś się tam na pewno spełniło:) Twoje wycieczki, opisy czyta się i ogląda z prawdziwą frajdą, dzięki za nie:)
-
Gość: Radek, *.dynamic.chello.pl
2014/01/06 11:37:21
Kupiliśmy działkę nad Pilicą w Ulaskach z żoną :) Również ta okolica nas oczarowała. Będę pamiętał o zajeździe pod Bocianem :) W tych okolicach bocianów strasznie dużo jest.