Anita Czupryn

Utwórz swoją wizytówkę
Newsy prywatne i osobiste
Blog > Komentarze do wpisu

Dziesięć dni poza domem. Część II – Jantar i mój pierwszy raz

Ostatni, jak mówią ludowe przekazy, gasi światło i zamyka drzwi na klucz. W poniedziałek 15 lipca jako ostatni uporządkowaliśmy, co trzeba było uporządkować po fantastycznych warsztatach, w jakich uczestniczyliśmy (a które zasługują na osobną notkę, podobnie jak jej prowadząca Alinka, o czym niebawem). Zgasiliśmy zatem przysłowiowe światło i na klucz zamknęliśmy uśnicką łąkę. I pojechaliśmy do Jantaru, do naszego przyjaciela Leszka Michalika, indiańskiego nauczyciela i autora indiańskich książek, który tam właśnie latem jest prawdziwym wodzem, żyjącym w wiosce indiańskiej i prowadzącym indiańskie muzeum. Tym razem nie był sam – ma prawdziwą asystentkę, Justynkę.

 

- Śpicie w tipi – przywitał nas Leszek i pozwolił wybraćtipi. Wybraliśmy zielone. Justynka natychmiast zaproponowała kawę i rzuciła siępomagać nam przenosić bagaże.

 

Dostaliśmy folię na ziemię, na nią ułożyliśmy karimaty, na to sienniki, na sienniki śpiwory i koc. Posłanie gotowe.

Tipi jest idealnym miejscem do spania i mieszkania. Przewiewnie, a ciepło, z racji tego, że można tam palić ognisko. Tę imponującą górę patyków przytargaliśmy własnoręcznie z jantarskiego lasu.

 

A potem poszliśmy przywitać się z morzem. Widok Pawła nieodmiennie przypomina mi scenę z książki mojego dzieciństwa, „Kamienica pod Magnolią” Elizabeth Stucley, kiedy to jeden z bohaterów, mały Wilek po raz pierwszy ujrzał morze. Wilek tak właśnie musiał wyglądać:

 

Ale kiedy się odwrócił, znów stał się Pawłem, fotografem dzikiej przyrody:

 

Ha! Tylko że to mnie tym razem udało się sfotografować sieweczkę obrożną:

 

Plaża jak zwykle, nie wiadomo dlaczego, ściskała za gardło:

 

Wieczorem długie z Leszkiem rozmowy Polaków przy ognisku. Paweł odszedł na stronę i wrócił wściekły. Wpadł do rowu i zamoczył spodnie, co, o czym jeszcze nie wiedzieliśmy, miało skutkować przykrą niespodzianką.

Rano okazało się, że zamoczył się pilot z kluczykami od samochodu. Samochodu nie dało rady odpalić, mimo rozłożenia pilota na czynniki pierwsze i wysuszenia.

- Trzeba wymienić baterię – powiedziałam intuicyjnie, bo przecież kompletnie nie znam się na technicznych sprawach. Bateria była dziwna: malutka i pękata, nie wiadomo, czy do dostania.

- Na pewno mają takie na stacji paliw – znów rzuciłam intuicyjnie. Poszliśmy więc beztrosko nad morze, nie przejmując się samochodem. Pogoda była sztormowa, wiatr poderwał nas w górę i lataliśmy...

 

... jak ptakiJ

Sprawa samochodu stała się pilna wieczorem, kiedy wysuszony pilot nadal nie działał, a my następnego dnia chcieliśmy jechać w dalszą drogę. Znajomi dawali rożne rady, w końcu postanowiłam zadzwonić do kuzyna, który ma własny warsztat samochodowy.

- Bateria – stwierdził autorytatywnie, kiedy wysłuchał całej historii. Paweł bujnął się więc rowerem do pobliskiej miejscowości Stegny. Kupił na stacji paliw baterię, przyjechał i odpalił samochód.

Wieczorem na ognisko wpadł do nas Jerzy Ożga, nauczyciel najszybszej szkoły jazdy konnej w Polsce, ze swoją partnerką Aliną. Alina przyniosła talerz wspaniałego ciasta marchewkowego, upieczonego w Termomixie - urządzeniu, jaki powinna mieć każda gospodyni, która nie lubi marnować czasu w kuchni.

- Jedziesz do Afganistanu, a nigdy nie siedziałaś na koniu? – zdziwił się Jerzy. – Babo jedna, jutro o 6.30 zjawiacie się u mnie i jedziemy nad morze. Galopem, bo konie muszą się wybiegać.

Budziki nastawiliśmy na szóstą rano. Poranek z końmi w promieniach wschodzącego słońca uwiecznił Paweł.

 

A potem z duszą na ramieniu (to ja) udaliśmy się do stajni jednego z najbardziej niezwykłych ludzi, jakich dane mi było poznać. Faceta, który o koniach wie wszystko, rozmawia ich językiem, ujeżdżał konie w Azji, pędził dzikie stada w Afryce i wygrywał na świecie rodeo. A na dodatek jest wielkim społecznikiem i wiele dobrego robi w swojej lokalnej społeczności. Długo by o nim pisać, na szczęście nie muszę, bo koledzy z „Dziennika Bałtyckiego Polski The Times” zrobili to za mnie, tu można przeczytać o Jurku Ożdze: http://www.dziennikbaltycki.pl/artykul/931263,duma-przedsiebiorcy-konie-zyciowa-pasja-i-biznes,id,t.html?cookie=1

Stanęliśmy na końskim dziedzińcu, jeszcze nie wiedząc, co nas czeka.

Kiedy wsiadłam na konia, najspokojniejszą chyba klaczkę w stadzie, o pięknym imieniu Erotica, wpadłam w panikę.

- Nie, ja się nie nadaję, ja chcę zejść, ja zaraz spadnę, ja chcę zejść – panikowałam. Byłam przekonana, że ten facet, który mówi, że nauczy mnie jeździć, głęboko się myli, że są ludzie, którzy nigdy nie powinni siedzieć na koniu i ja właśnie do nich należę.

- Jedziesz babo! – Jurek huknął głosem nie znoszącym sprzeciwu i dał mi opiekuna w osobie 13-letniego Mateusza.

Koń poszedł w kłus, ja we wrzask, a Mateusz spokojnie: - Pani anglezuje, ja pani pokażę, pani anglezuje.

Anglezuje?! Przecież ja nawet nie wiem, jak stopy w strzemionach trzymać!

 

Tyłek obijał mi się o siodło, dobrze, że nie zjadłam śniadania, bo w brzuchu wszystko się wywracało, o Boże, co za koszmar, nic nie wiem, siedzę na koniu jak ofiara, a przed nami droga przez las, po pagórkach, strome, piaszczyste wejście przed plażą, na bank zlecę, a koń zatłucze mnie kopytami.

Nic takiego się nie stało. Ale zanim to zrozumiałam, nie potrafiłam za grosz cieszyć się przejażdżką, słońcem, morzem i końmi.

 

Tu doskonały jeździec, pan stadniny i inspirator mojego pierwszego razu - Jerzy Ożga:

 

 

 

Wracając „pani” już nawet próbowała anglezować, a nawet odczuwać coś na kształt przyjemności z konnej przejażdżki w przyrodzie.

- Nie miałam racji. Ty ją miałeś. Dzięki – powiedziałam Jurkowi po zejściu z konia. Nogi trzęsły mi się jak po skoku na bungee. Jerzy zaprowadził mnie do Alinki na kawę i bułki (upieczone w Termomixie) z masłem (zrobionym w Termomixie) oraz pyszny napój pietruszkowy (też z Termomixu).

Tymczasem Paweł – przyjął wyzwanie i udał się na drugą jazdę, tym razem już naprawdę w galopie. Dla mnie to było szalone. Wrócił po ponad godzinie – spocony, twarz ściągnięta, tylko oczy rozszerzone ponad miarę wskazywały, że emocje były.

- Jak było? – zapytałam?

- Koń biegł, ja siedziałem – odpowiedział lakonicznie.

Wyobraziłam sobie, że to musiał być horror, ale też pozazdrościłam mu odwagi.

Nad Jantarem tego dnia pięknie świeciło słońce, postanowiliśmy więc zażyć morskiej kąpieli.

Przed nami stanęło towarzystwo – wypisz wymaluj z „Rejsu” – Mamoniowie z Sidorowskimi, bardzo nam miło, co natychmiast uwiecznił Paweł.

 

Uwiecznił też mnie, pływającą wokół tego dziwnego towarzystwaJ

Pożegnaliśmy się pięknie z morzem:

 

A potem wysuszyliśmy się i pojechaliśmy dalej…

 

 

 

środa, 24 lipca 2013, good_news

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2013/07/26 19:22:49
Jak ja lubię! Jak ja lubię Cię czytać! I pomyśleć, że byłam tak blisko, a tak daleko: pensjonat, śniadanie do łóżka, plaża i dmuchany delfin. Ani chybi zmamoniałam w te wakacje:)
-
good_news
2013/07/27 11:13:59
No popatrz, tojasiepytam:)