Anita Czupryn

Utwórz swoją wizytówkę
Newsy prywatne i osobiste
Blog > Komentarze do wpisu

Dziesięć dni poza domem. Część I - Czapla.

Duchowy Survival – poszukiwanie własnej Ścieżki Mocy to precyzyjnie zaplanowany punkt w naszym rocznym kalendarzu. W tym roku, na, jak to po swojemu nazywam – indiańskie warsztaty w Uśnicach-Parparach koło Sztumu –  wybraliśmy się w czwartkowe późnawe popołudnie 11 lipca. Do Parpar dotarliśmy koło północy, co też już chyba jest tradycją; w Sztumie zabraliśmy jeszcze naszą indiańską nauczycielkę – Elke. Pod niebem pełnym gwiazd rozbiliśmy nasz mały namiocik, ale spać, jak to zwykle na uśnickiej łące bywa, gdzie rozmowom i patrzeniom w niebo nie ma końca, poszliśmy o świcie.

Piękny to czas, kiedy przez kilka dni człowiekowi do głowy nie przyjdzie spojrzeć na zegarek, ani sięgać po telefon, gdzie nie docierają newsy ze świata i gdzie przeżywa się jedyny w swoim rodzaju Indian Time: medytuje, rozmyśla, czyni liczne refleksje w potrzebnych w życiu chwilach zatrzymania, spotyka się twarzą w twarz z przyrodą i są to bardzo głębokie duchowo spotkania. Spotkania intymne, podczas których podsumowuje się miniony rok, marzy o szczytach do zdobycia, ładuje się akumulatory na kolejne miesiące życia w mieście. Dużym mieście.

Tam, nad rzeką Nogat, nie zawracam sobie głowy cywilizacją, żyję jak dzika, pierwotna kobieta. Taka, która rozmawia z ptakami, drzewami (i rzeką oczywiście, choć ten fakt wzbudza u moich redakcyjnych kolegów sporo wesołości i kpinkom nie ma końca. Wystarczy, że mam odmienny pogląd na jakąś sprawę, od razu słyszę: „No tak. Ale Anita rozmawia z rzeką” – i wszystko wydaje im się jasne i się chichrają jak potępieńcy).

Ale do brzegu. Był taki dzień, w którym wybrałam się samotnie nad brzeg rzeki, przez chaszcze i urwiska, stromym grzbietem lasu, aby wyrzucić z głowy intelektualnego paplańca, który wszystko, co widzi, albo wydaje mu się, że widzi, musi intelektualnie zanalizować i dałam się ponieść żywiołom. I spotkała mnie niespodzianka – w końcu po raz pierwszy udało mi się znaleźć bzowe uszy.

 

Te smaczne, zamszowe grzybki moja koleżanka Ewa zbiera od lat, suszy i używa do różnych potraw. Dostałam raz od niej słoiczek suszonych bzowych uszu, początkowo z obawą, a potem z radością wrzucałam je do bigosu. Ale sama nigdy wcześniej ich nie widziałam. A tu proszę.

Nad Nogat w dzień samotnego bycia w przyrodzie wybrał się też Paweł i wyczaił miejsce, gdzie siedzi czapla. Niedzielę mieliśmy więc zaplanowaną: podejść czaplę.

Wybraliśmy się po południu, samochód zostawiliśmy przy mosteczku i udaliśmy się chaszczami i leśnymi wąwozami na upatrzoną pozycję.

 

Miejsce czapli to korzenie i konar leżący na wodzie, jakieś dziesięć metrów od krzaków w których postanowiliśmy się ukryć i zamaskować.

Czapli na szczęście jeszcze nie było i nie wiadomo było, czy w ogóle przyleci. Paweł wyciągnął cały arsenał maskujący: wojskowym szaliczkiem opatulił obiektyw, drugim zawiązał głowę, włożył wodery, a na nie zarzucił siatkę.

I gotowy:

 

 

Z wędkarskim stołeczkiem wlazł w wodę i znieruchomiał. Ja usadziłam się nieopodal w krzaczorach, na pniaku.

Czekamy. Żadnego ruchu. Czapla przeleciała nad nami, ale nie usiadła. Druga czapla przeleciała – nie usiadła. Przepłynął statek, potem drugi, potem łódź z wędkarzami, a my przy brzegu tkwiliśmy jak duchy i nikt nas nie widział. Przypłynęła rodzina kaczek, młode już wyrośnięte, jedna spoglądała w moją stronę, ale ja nic.

Ja nadal jak grób. Milcząca, zasłonięta, bezporuszająca, aby się nie zdradzić. Myślałam sobie, może ta czapla obserwuje to miejsce, jeśli zobaczy, że kaczki się spłoszą, na bank nie przyleci.

Mija godzina, mija druga. Nuda. Z nudów fotografuję sobie stopy, żeby uwiecznić niespodziewany pedicure, jaki mi się trafił.

Oczywiście rozmawiałam z rzeką, telepatycznie, jak to w duchowym świecie bywa i miałam jej zapewnienie, że czapla przyleci, cierpliwości, ale będzie, na bank.

I nagle – bezszelestnie na konarze pojawia się ona. Wędruje z korzenia na konar, z konaru na korzeń, a łapy ma jak dinozaur. Nagle pochyla się, wpada do rzeki, zanurza cała, po czym widzę ją z rybą.

I to jedyne zdjęcie, jakie tu zamieszczę: moja pierwsza czapla z upolowaną zdobyczą.

 

Wiedziałam, że lepiej się zbytnio nie ruszać, nie spłoszyć, bo Paweł by mi tego nie wybaczył. W końcu to on wypatrzył to miejsce i to była jego czapla. I ma lepszy aparat i większą znajomość rzeczy.

Czapla pozwoliła się fotografować pół godziny, zapolowała w tym czasie dwa razy, a potem z gracją odleciała.

Po czterech godzinach siedzenia w bezruchu… nadal siedziałam w bezruchu, czekając na decyzję Pawła. Bo może rzeka powiedziała mu, że jeszcze warto poczekać, bo to jest też doskonałe miejsce bielika (mnie to powiedziała).

Wynurzył się w końcu. Ścierpnięty, ale szczęśliwy.

 

- Zrobiłem zdjęcia życia – tylko tyle powiedział.

I to jest prawda. Niezwykłe zdjęcia czapli znajdą się niebawem na blogu http://pawbrzo.flog.pl

 

 

 

 

poniedziałek, 22 lipca 2013, good_news

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2013/07/22 21:29:00
cudne!
-
good_news
2013/07/22 21:39:41
Dzięki, azw2, dalej będzie też nieźle:)