Anita Czupryn

Utwórz swoją wizytówkę
Newsy prywatne i osobiste
Blog > Komentarze do wpisu

Przyrodnicza hipsterka z Warszawą w tle

Po lewo pogwizdywały ostrożne gile, więc Paweł spokojnym krokiem zmierzał w ich stronę, Ja przystanęłam przed wysokimi krzewami, rozglądając się uważnie wokół. Nagle zamarłam. Przed sobą zobaczyłam gniazdko, a w nim…

- Paweł! Paweł! – wołałam go myślą, nie głosem, aby nie spłoszyć mu ptaków. Porozumiewanie w takich momentach jest zawsze problematyczne, wyciągnęłam więc rękę i zaczęłam nią machać (myślą, jedynie myślą), go przywoływać. Spostrzegł, ruszył w moją stronę.

- Widzisz to, co ja? – wskazałam mu telepatycznie gniazdko, a w nim…

- Kochanie – roześmiał się serdecznie. – To śnieg!

- Jaki śnieg, jaki śnieg, to ptaszek, który zamarzł – upierałam się. Póki nie sięgnęłam po aparat i nie zrobiłam tego zdjęcia:

 

Dopiero dziś wpadła mi myśl do głowy myśl, że woda (bo zmrożony śnieg, to w końcu woda), prócz tego, że ma pamięć i jest czuła na wszelkie emocje, ma też poczucie humoru. I zrobiła mi takiego psikusa.

Skąd ta woda i o czym ja w ogóle mówię? Już tłumaczę: niedawno obejrzałam znakomity film, traktujący o badaniach naukowych poświęconych właśnie wodzie. Film zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Do tego stopnia, że zaczęłam traktować wodę, jak żywe stworzenie: przemawiać do niej, czy też wysyłać jej myśli pełne wdzięczności, bo z filmu wynikało, że tak traktowana woda (i mówili o tym światowej sławy naukowcy rosyjscy i amerykańscy) choć nie zmienia stanu chemicznego, to zmienia strukturę, a zmieniona struktura powoduje silne właściwości. Jak na przykład takie, że zwykła woda może uleczyć, albo zatruć organizm człowieka. Może zacząć wydawać piękny zapach, a może zamienić się w cuchnącą maź. A nawet może ze słonej morskiej stać się słodka. A wszystko to pod wpływem emocji ludzi, jakie odczuwa i zapamiętuje.

Uzbrojona w tę wiedzę (naukową), chodząc w sobotę po śniegu w lesie, ostro medytowałam, dziękując wodzie za wszystko: za przyrodę i piękne ptaki też. I czułam, że odpowiada na tę moją wdzięczność, odsłaniając przed nami przyrodnicze sekrety. Jestem przekonana, że to tej zmrożonej wodzie zawdzięczamy tyle cudownych chwil w lesie, nad Wisłą, gdzieś w okolicach Wawra, tyle spotkań z ptakami, a w bonusie jeszcze taki żarcik z „kaczką” ze śniegu w gniazdku.

Ale po kolei.

Pogodynki zapowiadały w sobotę słońce i było słońce. Zapowiadały też tęgi mróz, więc ubraliśmy się warstwowo, na cebulkę, w czym (jak zwykle) przedobrzyłam, bo nie wzięłam pod uwagę naszego nowego stroju kamuflażowego, jaki miał spowodować, że stopimy się z leśnym, zimowym krajobrazem, a który okazał się też super ochronną warstwą mimo cienkości faktury.

Zaraz, wróć! - jak mówi, a przynajmniej tak mówiła, kiedy pewnego razu zjawiłam się w jej domu na Lubelszczyźnie, aby przeprowadzić wywiad, Zyta Gilowska. Najpierw był piątek. Wymiana SMS-ów z asystentką jednego prasowego potentata w sprawie wywiadu, potem siłownia, basen, zakupy na bazarku. Mięso mielone na sobotnie kotlety. Kasza gryczana. Buraczki. Jajka koniecznie od kury zielononóżki. Szczypior, sałata, rzodkiewki, bo nowalijek na przednówku się chce, oj chce. I jeszcze ziarna słonecznika, ponad kilo dla ptaszków, który mieliśmy następnego dnia rozsypać w lesie.  Następnie wizyta w sklepie z farbami, jaki znajduje się tuż pod nosem, z inspiracji Pawła:

- Podobno mają białe kombinezony, to lepsze niż prześcieradło na gęsi – powiedział.

Mieli, a jakże, kupiłam białe kombinezony malarskie, rozmiar uniwersalny, czyli XL, wejdzie na każdego. Byliśmy więc przygotowani, jak przysłowiowa ta lala.

Wieczorem wpadł do nas Mariusz z nową płytą Wespy, przy rytmach której uderzyliśmy w tany. Wpadł, jak mówił, na chwilę, został, jak często zostawał, na noc, więc rano zrobiliśmy prawdziwe wiosenne śniadanie z jajecznicą zielononóżkową. A potem wio, w stronę Józefowa!

Paweł nieomal pękł ze śmiechu, kiedy naciągnęłam na siebie malarski kombinezon maskujący.

 

Sam w końcu wyglądał podobnie, choć już może nie tak prześmiesznie, jak w prześcieradle tydzień temu. Posypał ziarna słonecznika dla głodnych ptaszków:

 

 

Doszliśmy do Wisły i oniemieliśmy z zachwytu. Rzeka mieniła się srebrem:

 

 

Nacieszyliśmy się fotografowaniem…

 

… i ruszyliśmy w las. I się zaczęło. Najpierw pełzacz leśny:

 

Następnie usłyszeliśmy przenikliwy pisk bielika. A potem go zobaczyliśmy, a Pawłowi (oczywiście) udało się wycelować:

 

Ani chybi bielik ma tu swoje gniazdo. Podobnie jak myszołów, którego lot podziwialiśmy. Podziwialiśmy też gile, ale mnie nie udało się zrobić tym czujnym skubańcom dobrego zdjęcia. Udało się Pawłowi i pewnie pokaże go na swoim blogu.

A potem trafiliśmy na ptaszki przecudnej urody, które zobaczyliśmy po raz pierwszy, ale wiele już o nich słyszeliśmy. Nawet niedawno, będąc pod Żyrardowem u pewnego lekarza weterynarii, który zaprosił nas na oglądanie sowy uszatej, jaką ma w swoim parku, oglądaliśmy gniazdko tych ptaszków, które doktor znalazł. Było przepięknie „uplecione” z mchu i wyglądało jak bambosz. Te ptaszki, to raniuszki! Parka była tak zaaferowana – bo Pan Raniuszek wydłubywał z gałęzi pajęczyny, Pani Raniuszkowi nadzorowała, więc nie zważali na nas, a my, niczym dwa białe duchy zastygliśmy przy krzakach i oglądaliśmy to widowisko w niemym zachwycie. Nawet nie sięgnęłam po aparat, bo mi, jak to się elegancko mówi, kopara opadła. Ale Pawłowi się udało je sfotografować i podarował mi nawet zdjęcie Pani Raniuszkowej na bloga (no, dobra, wyprosiłam). Oto ono:

 

Krążyliśmy po lesie, to zbliżaliśmy się do Wisły, rejestrując stado harcujących na nadrzecznych wierzbach czyży, to oddalaliśmy się od niej, oglądając tańce bielików, które właśnie w tym okresie mają swoje gody, stąd te ich przenikliwe zawołania. Kiedy w końcu znów dobiliśmy do Wisły, naszym oczom ukazał się widok znajomy ten:

 

Warszawa wzywała nieubłaganie, mięso mielone na kotlety dochodziło w lodówce, czekał szpinak, a i wieczór zapowiadał się kulturalny. Z naszym Kanadyjczykiem i jego dziewczyną (szybki jest, już ma dziewczynę) wybieraliśmy się do klubu Kosmos Kosmos, na imprezę Radia Roxy.

Wystrzałowe dziewczyny, odstrzeleni faceci, tak się bawi świat Warszawy. Czułam, jak boleśnie tam nie pasuję.

- Wiesz co? Chyba pachnę smażonymi kotletami – podzieliłam się uwagą z Pawłem.

- Kotlety to nic. Ja rozsiewam intensywną woń czosnku – zdradził Paweł, bo to on do mielonych przyrządził szpinak z czosnkiem.

No, to się stamtąd zmyliśmy. Nie jesteśmy klubowymi hipsterami. Jesteśmy hipsterami przyrody, jak to dzisiaj napisał mi na facebooku mój redakcyjny kolega Kuba.

 

 

 

poniedziałek, 18 marca 2013, good_news

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
spirit_of
2013/03/18 21:54:18
Bardzo ciekawe ujecie PKiN.
-
Gość: , *.dynamic.chello.pl
2013/03/18 23:38:04
a ile tam żurawii:-) miodzio
-
ewarub
2013/03/19 09:50:00
Uwielbiam raniuszki, puchate kuleczki z długim ogonkiem :-)
-
good_news
2013/03/21 00:40:00
Ewarub, jak się okazało, raniuszek jest w logo OTOP:) Paweł mi dzisiaj powiedział:)
-
jakry
2013/03/27 19:45:25
hehe, świetne te kombinezony malarskie. u nas już od dawna nie ma śniegu, ale zaopatrzę się na przyszły sezon :) Oj ptaszyny, ale będziecie miały fajne fotki :)
pozdrawiam
-
hanula1950
2013/03/28 08:21:51
Hi, hi - fajny kombinezonik.
Biedne ptaszki - wiosna nie chce przyjść.
-
2013/03/31 19:13:19
dziękuję za piękne zdjęcia:0 i, ciepłych, serdecznych Świąt:)
-
good_news
2013/04/02 20:34:44
Dzięki, dzięki. Święta święta i po świętach:)