Anita Czupryn

Utwórz swoją wizytówkę
Newsy prywatne i osobiste
Blog > Komentarze do wpisu

Polowanie na perkozy. Dzień Pierwszy

- Nie wyobrażam sobie, jak my użyjemy tej siatki - zastanawiałam się, powątpiewałam i kombinowałam. Maskująca siatka z demobilu kupiona w celu zasadzenia się na ptaki, od Wielkanocy tkwiła w bagażniku samochodu. Rozwinęliśmy ją tylko raz - aby ją uprać i wysuszyć nad jeziorem pod Szczytnem. Pomysły na jej zastosowanie mieliśmy różne: a to, że zrobimy czatownię na ptaki z naszego sexy różowo-seledynowego namiotu, który służył nam już dwa lata, ale teraz mamy lepszy, francuski z tropikiem, więc seledynowy róż zamaskuje się siatką i będzie czatownia. A to, że dwa kije wystarczą na łódkę, na to siatka i tak ukryci, będziemy pływać po jeziorach niewidoczni dla ptaków i je bezczelnie fotografować.
No, ale jak mówię, wyobraźnia ludzka ma swoje granice i ja jakoś sobie tego nie wyobrażałam.
W czwartek rozpoczęliśmy penetrowanie internetu, bo gdzie tu pojechać i gdzie tu pojechać. Ptasie miejsca, rezerwaty ptaków, obserwacje ptaków, miejsca przeważnie zbyt odległe od Warszawy, bo wokół Warszawy większość zjeździliśmy. Koniec końców stanęło na Warmii_i_Mazurach, które znam i serce mi się do nich śmieje. Miejscowość Marózek nad jeziorem, obok jezior Pluszne i Łańskie, ośrodek wypoczynkowy Wioska Filmowa.
W piątek rano zarezerwowałam apartament w Wiosce Filmowej i rozpoczęłam wyścig z czasem. A, bo to polityków wydzwonić, spisać, co mają do powiedzenia, teksty ułożyć, wysłać do redakcji, zakupy zrobić, farbę do włosów kupić, bo odrosty aż strach, mieszkanie ogarnąć, spakować się, obiad Kacprowi ugotować na dwa dni.
- Spaghetti - zadysponowało dziecko.
- Spaghetti carbonara było niedawno - przypomniałam.
- To to drugie spaghetti - mlasnął Kapi.
Tańcowałam jak fryga, tak że, kiedy Paweł wrócił około 18, wszystko było względnie przygotowane, jeszcze tylko farbę zmyć i jedziemy.
Paweł wrócił przed 18 i rzucił się do szukania różowo-seledynowego namiotu. I jak zwykle w takich przypadkach, kiedy chcesz coś na gwałt znaleźć, to właśnie znika i wyparowuje, by za jakiś czas objawić się w najmniej spodziewanym miejscu.
Namiot wyparował nam z domu, zapakowaliśmy się w końcu bez niego, ustawiliśmy nawigację na Marózek, nastawiliśmy radio na Trójkę i ruszyliśmy na Warmię_i_Mazury.
Zmierzch złapał nas za Nidzicą.
- Włącz długie światła, proszę - powiedziałam Pawłowi, bo droga wąska, przez las i cholera wie, jakie jelenie mogą nam wypaść przed maskę samochodu. Właczył długie, jedziemy, nagle z naprzeciwka nadjeżdża samochód. Paweł nic. Samochód się zbliża. Paweł nic.
- Zmień światła - przypominam.
- Za 500 metrów skręć w lewo - mówi w tym samym momencie Krysia z nawigacji.
- Zapowiesz pierwsze miejsce na liście przebojów? - proponuje Helenie Marek Niedźwiecki.
- Jak mi tak będziecie naraz gadać, to nigdzie nie dojedziemy - obrusza się Paweł, ale zmienia światła. Krysia z nawigacji milknie, Helena nie zgadza się zapowiedzieć, wjeżdżamy do Marózka. W ośrodku ciemno, światło pali się tylko w jednym domku. Podjeżdżamy tam, bo to może recepcja, powiedzieli przecież, że będą na nas czekać. Pukam, wychodzi pan, okazuje się, że wynajmuje ten domek, informuje, że z pracowników ośrodka nikogo już o tej porze nie ma.
No, ładnie, pieknie, myślę sobie. Naraz pan się pyta, czy pani Anita, bo obok apartament zarezerwowany, klucz w zamku, kartka jak wół z moim imieniem i nazwiskiem wisi na drzwiach. Jesteśmy uratowani. Wchodzimy, jest kuchnia, lodówka, łazienka, sypialnio-salon i taras z miejscem na grilla, wszystko jak trzeba, zaraz też odwiedza nas właściciel, też właśnie przyjechał z Warszawy, przedstawia się, a mnie jego nazwisko wydaje się znajome, więc natychmiast się dzielę z nim tym wrażeniem. - To możliwe - mówi właściciel, bo on jest właściwie z filmu, to on do Olsztyna Jerzego Hoffmana i Kijowskiego do teatru sprowadzał, więc może stąd, ale ja, że nie i coś mi kołacze w głowie, nie wiem co. Właściciel donosi nam grzejnik elektryczny, donosi dodatkową kołdrę, jesteśmy zaopiekowani jak ta lala. Paweł sprawdza pogodę, rezygnujemy z wstania o świcie, bo niska podstawa chmur, światła dla fotografowania nie będzie, decydujemy, że wstaniemy normalnie. Normalnie było o dziesiątej. Przed snem przypominam sobie jeszcze - przecież tak właśnie, jak właściciel ośrodka, nazywał się jeden z szefów mojej siostry!
Rano wychodzę na taras, dzwonię do Agnieszki, ona potwierdza, że to jej były szef, mówi jeszcze, żeby pozdrowić jego córkę, jakby wiedziała, że właśnie córka właściciela podchodzi do mnie, pozdrawiam więc córkę, a ona na to: - My się właśnie zastanawialiśmy z tatą, kim pani jest dla Agnieszki.
Sprawa rozwiązana, kończę rozmowę i idę do kuchni, bo tam afera. Paweł próbuje ugotować wodę na kawę i usmażyć jajecznicę, ale gaz w butli na wykończeniu. Sąsiad życzliwie donosi wrzątek, jajecznica cudem dochodzi, zjadamy i wybieramy się na rekonesans po okolicy.
Pierwsze napotykamy perkozy na jeziorze, ale nie udaje mi się żadne zdjęcie. Idziemy ścieżką wzdłuż jeziora i spotykamy parkę gilów, ona brązowa, on czerwony, ale zanim się przymierzyłam z aparatem, odleciały. Zaczajamy się w zatoczce na perkozy, w tym momencie na sosnę przylatuje dzięcioł duży i jak oszalały zjada mrówki. Celujemy w dzięcioła i coś mi się nawet udało. Szału nie ma, robię zdjęcie dokumentacyjne.
Dochodzimy do ośrodka Wiatraki, zwiedzamy to miejsce, ale nie podoba się nam: za tłoczno, za głośno. Wracamy lasem, popas robimy na łączce i Paweł uczy mnie fotografować w makro, ale ja widać mało pojętna jestem, więc sam robi portret ślicznego pluskwiaka.
Dochodzimy do wsi, całej w bzach, więc dokumentujemy bzy.
Spotykamy wróbla, bo żaden ptasiarz nie lekceważy na swojej drodze żadnego ptaka, nawet tak wydawałoby się pospolitego, jak wróbel. Zdjęcie wychodzi mi śliczne.
W miejscowym barze jest smażalnia, zamawiamy sandacza (ja) i pstrąga (Paweł. Pstrąg jest lepszy, oczywiście), po czym decydujemy wynająć łódkę. Pogoda prześliczna, ale w recepcji jak zwykle nikogo, nikt nie odbiera też telefonów, idziemy więc zwiedzić nasz ośrodek, spotykamy szpaka, kwiczoła i znów dzięcioła. Zdjęciami nie mogę się pochwalić: kiepskie tło, nieostre. Dzwonią z recepcji, jest łódka, idziemy na przystań, pakujemy sprzęt i płyniemy w trzciny, gdzie zaczajamy się na perkozy. Przygotowujemy sprzęt:
Czekamy z nadzieją w oczach:
Czekamy lekko zniechęceni:
Wypatrujemy.
Perkozy wynurzają się nagle, albo pływają w bezpiecznej odległości. Coś tam pstrykam i mam z tego radość, ale żeby się pochwalić, to nie.
Paweł fotografuje zachód słońca programem zachody słońca i zmęczeni spływamy do domu.
A potem to, co przyrodnicy lubią najbardziej:)
Obowiązkowo robimy grilla i idziemy wcześnie spać, bo w niedzielę wyruszamy o świcie na perkozy. I stanie się to, czego sobie nie wyobrażałam:)
poniedziałek, 21 maja 2012, good_news

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2012/05/30 22:48:41
Fajnie sie czyta, jakbym tam z Wami byla :)
W lipcu jade do Polski, bede szukac jakiegos miejsca jeziorno - biwakowego niedaleko Borow Tucholskich, pozdrawiam z Londynu!
-
good_news
2012/06/01 20:02:17
A, to dawaj znać, może znajdziemy wspólne miejsce:)